Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Siódmy.

Siódmy.

Nareszcie.

Jejku, myślałam, że nigdy tego nie skończę.
Całe 13 stron i dwie linijki w Wordzie. Odpadam.
Mam nadzieję, że nie ma zbyt wielu powtórzeń czy błędów, bo jestem w takim stanie, że nie wierzę swojemu sprawdzaniu. W następnym rozdziale postaram się dodać coś ciekawszego, niż marudzenie Philipa na istnienie świata.

Ha ha ha, ktoś mi wierzy?

... - przez ciebie tak mi samoocena poszła w górę, że dziewczyny chyba poważnie zaczęły zastanawiać się, czy mi nie przyfasolić z łopaty. co do książek, to chyba jeszcze dla mnie za wcześnie - ten projekt pewnie porzuciłabym już dawno, gdyby nie to, że piszemy grupowo. po prostu mam za mało samozaparcia i samo-motywacji, by zabrać się za coś większego (jestem leniem, jasna cholera ;/) >.<

Evangeline - co do "czołgu", wiem... pierwszy rozdział napisał się pod jego wpływem, potem starałam się to niwelować. strasznie cenię Alex i uwielbiam jej opowiadanie :D dziękuję za uwagi co do opa, wzięłam je sobie do serca i będę walczyć z moją narracją (ciekawe, z jakimi skutkami...?XD).
ja też uwielbiam Mishę, jest tak samo walnięty jak ja (i też spośród wszystkich typów rysunku on wybiera akt ^^) bardzo Ci dziękuję za miłe słowa.

ogólnie, dziękuję Wam za ten wysyp komentarzy!
(modlę się, żeby to nie sprawiło, że się zrobię mniej produktywna...)

aa, zapowiadam, że z rozdziałem kotofila (wiecie, już DWUDZIESTY :D) wejdzie nowy szablon, na którym nasi bohaterowie będą wyglądać bardziej jak nasi bohaterowie... mam nadzieję.


Ogólnie rzecz ujmując, skończyłem na sprzęcie pro-wymiotnym, ku ogólnej uciesze Lynn i Lawra. Anna tylko stała cichutko przy kasie, udając, że jej nie ma. Naprawdę nieśmiała dziewczyna. Szczytem jej odwagi było wybawienie mnie od strasznej, sznurowej karuzeli. Phie. Młody zaciągnął mnie na rollercoastera. Tragedia. Nic nie dały dwie tabletki Aviomarinu, które wcisnąłem w siebie pół godziny wcześniej. Już chyba lepiej bym się czuł, gdyby mi wyrwano jelita żywcem. Półmartwy, opadłem na barierkę tejże atrakcji, dysząc ciężko.

— Już się zużyłeś? — zapytał Lawr, podczas gdy dziewczyny poszły po watę cukrową.

— Zużyłem? — Spojrzałem na niego z dozą niezrozumienia, odciągając głowę od zimnej, stalowej rury. Aach, doobra rura, wspaniała rura, dzięki niej nie chce mi się rzyyygać…

— W telewizji mówili, że jeśli faceta się wykończy, to najlepiej wymienić go na nowego, bo on jest zużyty.

Lawr, jakiego rodzaju programy ty oglądasz…?

— Wymieniłbyś mnie? — zapytałem cicho, kucając naprzeciw niego. W takim ustawieniu był ode mnie wyższy o głowę. Wśród dzieci czasami mylono go z dziewczynką. Ciemne włosy, sięgające ramion, oczy jak węgielki. Jak odmłodzona, słodsza wersja hogwarckiego Mistrza Eliksirów. Nawet miał pewne predyspozycje – trzy czwarte wybuchów w domu działo się tuż przy nim. Z czego dwie trzecie wydarzyło się z mojej lub Lynn winy. Ewentualnie z działań wspólnych, takich jak gotowanie Nutelli w mikrofali bez sprawdzenia, czy ściągnęło się całe sreberko czy podgrzewanie skondensowanego mleka bez wsadzenia puszki do wody. Cóż, każdy ma za sobą jakąś głupią przeszłość. Nawet ja. Na pewno Lynn. A Lawrence ma jeszcze przed sobą całą durną młodość.

Przyglądał mi się przez chwilę.

— Jakby mieli model z dłuższą gwarancją… — zaczął powoli, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi, czarnymi oczami. Stukał palcami w gips, wygrywając na nim jakiś rytm.

Dziękuję. Normalnie, kurwa, dziękuję bardzo.

— Waaaata! — Lynn wskoczyła między nas, machając wielką kulą cukrowych nitek. Mam wrażenie, że specjalnie chciała wpakować mi ją w twarz. Jakiś problem? Przykry PMS? Proszę cię, kobieto, dałabyś sobie spokój z maltretowaniem mnie, choć na jakiś czas. Lawr śmiał się głośno. Cóż, chyba nie jest aż tak źle. Uśmiechnąłem się, patrząc na Małego. Był idealny. Taki delikatny, a jednocześnie dostatecznie silny, by móc iść dalej samemu. Taki mały, a jednocześnie na tyle duży, by rozumieć o wiele więcej rzeczy, niż wszyscy wokół. Tak niewinny, a jednocześnie będący sprawcą tylu nieszczęść i problemów. Patrzyłem, jak walczy ze słodkimi nitkami, odklejając je z policzków. Była pewna granica, której w żadnym wypadku nie powinienem naruszać. Przypominały mi o tym chwilowe, trwające mniej niż sekundę, niepewne i ostrzegawcze spojrzenia Lynn.

Na gipsie podpisało się wiele osób. Jestem zazdrosny.

Zazdrosny?

Jakimś cudem poleźliśmy do domu strachów. I do gabinetu luster. I do basenu z piłeczkami. To znaczy, do tego ostatniego mieliśmy iść, ale Lynn udało się to jakoś wyperswadować Lawrowi. To mogło być niebezpieczne. Zwłaszcza z nim i jego ręką… Czułem, jak moje serce pęka na widok tego biednego dziecka, które wahało się jeszcze, czy przekroczyć tą cienką granicę totalnej histerii. Krew napływająca do twarzy, grymas, który potrafią zrobić tylko dzieci, zaszklone oczy… które właśnie dostrzegają coś interesującego, pozwalając, by sam chłopiec zapomniał o wcześniejszym oburzeniu.

— Philie! — zawył, łapiąc się mojego ramienia i zwisając z niego jak mała, załamana małpka. — Chcęęęęę!

Oł fuck. No fakt - miś całkiem przyzwoity. I duży. Cholernie duży. W dodatku obok niego wisiała mała, kolorowa karteczka z napisem „GŁÓWNA NAGRODA”.

I co ja mam robić?

Pierwsza zasada bycia ukochanym starszym braciszkiem: nie wolno zawodzić swojego rodzeństwa.

Pierwsza zasada zachowania instynktu samozachowawczego: nie ośmieszaj się na oczach tłumu.

Chociaż, stanie tutaj jak idiota, z wpół płaczącym bratem na ramieniu i natarczywym spojrzeniem nastolatki z PMSem, też nie jest za wesołe. Wcale nie jest. Wolnym krokiem podeszliśmy do stoiska, a ja poczułem, że moja bezradność właśnie sięga dna. STRZELNICA. Przysiągłbym, że widzę, jak oczy Lynn płoną z podniecenia. Zapalona fanka paintballa. Złapała za strzeblę, zanim jeszcze ktokolwiek przedstawił jej zasady.

Kobiecy terminator. Prawdziwa Lady Rambo. Razem z Anną cofnęliśmy się o krok. Wlazła w kogoś. Miałem ochotę zrobić przysłowiowego facepalma i cichaczem wtopić się w otoczenie, ale… błysnęły mi białe zęby. Trzydzieści dwa złożone, twarde twory anatomiczne, których właściciel definitywnie musiał używać Clogate.

— Och, widzę, że przywiało tu też naturystów… - wyszczerzył ten swój plaskaty ryj w idealny, kształtny uśmiech. — Cześć, Philipe.
Poczułem, jak kropelki potu zbierają mi się na karku.

— Cześć.

Nie wysilałem się zbytnio. Zrobił trochę zrażoną minę. Czego, kurwa, oczekiwał? „O jej, Sean, cóż za spotkanie! Może skoczymy razem na kolejkę górską! Widzę, że przyszedłeś z dziewczyną, ja też wziąłem dwie! To jest moja siostrzyczka, Lynn, chodzi jeszcze go gimnazjum, a to drugie to chyba jej koleżanka, tak w sumie, to nie wiem. A ta ślicznotka to…?” –NIE. Definitywnie, nie.

Tak to mówiła babcia Matt’a, gdy czasem zapraszała mnie do siebie na stare ciasteczka i kompot, który też miał już swoje lata.

Lynn patrzyła na niego z zainteresowaniem, tym z rodzaju sadystycznych zainteresowań, Lawr ciągnął ją za rękaw, by strzelała, a Anna wyglądała, jakby starała się ukryć objawy obrzydzenia.

Westchnąłem, nie do końca wiedząc, co robić.

Zaraz. Zaraz, zaraz, zaraz, zaraz.

On mnie nazwał naturystą, prawda?

Złapałem za jedną ze strzelb, z zamiarem efektownego przeładowania.

— To nie karabin. — szepnęła wymownie Lynn, podczas, gdy towarzyszka Seana dusiła się ze śmiechu.

— Berry, to było przykre. Wybacz. — Wiedzieliście, że jeden wyszczerz potrafi załatwić wszystko? Pewnie ją też poderwał na uśmiech. Nie wydawała się być jakaś superinteligentna. A, takie sobie dziewczę. Kopnięta w prawo grzywka, piegi na nosie, komplet zębów w aparacie – kompleks „mój facet ma seksowniejsze jedynki”, czy co? — Bierzecie udział? — Wskazał na stosy puszek.

— Jak widać. — parsknąłem i odłożyłem broń. Lynn ustawiała się powoli do strzału, gdy ten pacan złapał za strzelbę.

Chyba nie chce…?

Tak, on też celował do piramidy z kolorowych puszek. Słodziutka Berruś była tuż obok i podniecała się męskością swojego faceta gdzieś w okolicach jego ramienia. Nie, żeby Lawr nie robił tego koło Lynn. Stałem między nimi, jak w jakimś pieprzonym domu wariatów i z przerażeniem patrzyłem na to, jak moja siostra ekscytuje się jeszcze bardziej – właśnie wchodziła w pewien tryb, który pozwolił jej kiedyś postrzelić mnie z łuku. Zaczynałem bać się, że omsknie się jej ręka, niekoniecznie przypadkiem – nie wyglądała na zadowoloną ze znajomości z Seanem. Kąciki ust złośliwie poszły jej w górę.

Czuję mroczną aurę…

Mroczna aura mnie otacza…

Zwolnili spusty w tym samym momencie, a gość pilnujący strzelnicy wskoczył pod ladę z przerażenia.

Lynn się wkurzyła. Zirytowała w pełni. Taki stan, w którym wydaje ci się, że słońce pada na wszystko, tylko nie na nią. I nie, nie dlatego, że nie trafiła – zburzyła prawie całą puszkową wieżę. Raczej dlatego, że jej puszki pomogły wszystkim Bardzo Złym Puszkom Seana spaść za podwyższenie i jednocześnie pozwalając mu wygrać główną nagrodę. Oj, widzę, że paruje jej głowa. Naprawdę, jest wkurzona. Cholernie wkurzona. Może ją przytrzymać, jak Sean będzie odbierał pluszaka?

Chociaż, nie lubię go. Przynajmniej pozbawiłaby go tych równiutkich zębów.
W jego ramionach miś był ze dwa razy większy. Poczułem, że Lawr łapie się szlufki w moich spodniach. Spojrzałem na niego z góry. BOŻE, ON BĘDZIE ZARAZ PŁAKAŁ! Biedne dziecko patrzyło na Seana z takimi wyrzutami w oczach, że gdybym to był ja, to już bym się chował. Facet będzie miał poczucie winy na całe życie. Ten obraz może go prześladować nawet po śmierci. Zbrodnia stulecia: skrzywdził sześciolatka.

Taak, panie Trzydzieści Dwie Białe Blaszki, wreszcie poczujesz, co to ból psychiczny!

I tak oto, ku mojej ogólnej rozpaczy i zawiedzeniu, Sean, którego chyba poruszyła ta załamana minka dziecka po przejściach, klęknął przed moim braciszkiem, uśmiechając się jak ci wszyscy pedofile, którzy kręcą się po moim podwórku. Nic nie poradzę na fakt, że obok jest przedszkole i codziennie jestem zmuszony dostrzegać tą perwersyjną minę faceta z bloku obok, który ma widok wprost na plac zabaw. Sean wręczył mojemu bratu misia z miną dobrego samarytanina, który właśnie wbija na nowy level.

Zaraz, że co ty człowieku robisz?

— Hej, nie trzeba… — zacząłem.

— Nie chcę mieć dziecka na sumieniu. — Rzucił mi jeden ze swoich wielkich uśmiechów. Podstępna szuja. Żeby własną psychikę na sześciolatku reperować… — Podoba ci się?

Lawr z zapałem pokiwał głową. Co, Sean, myślisz, że jak przekupisz dziecko pluszakiem, to od razu zyskasz moją sympatię? Daruję ci ten parszywy szkolny terror? Odpuszczę obrażanie przy rodzinie i znajomych? Oraz nieznajomych? Wracaj do krainy marzeń chłopie, dzisiaj kramik z karnetami przebaczenia zamknięty. Wydąłem usta.

— Lawr, co się mówi? — mruknąłem, czując potrzebę powiedzenia czegokolwiek.

— Dzię-ku-ję! — zawołał rozpromieniony chłopiec. Na twarz wystąpiły mu rumieńce. Mógłby się tak nie cieszyć – to jak bratanie się z wrogiem! Zrobiło mi się ciepło wewnątrz klatki piersiowej. Lubiłem widzieć jego uśmiech. Kochałem go widzieć. Gdybym mógł żyć tylko dla jednej rzeczy, żyłbym dla tego uśmiechu.

— Ten chłopak jest taki straszny, to naprawdę twój brat? — Sean pomachał łapką misia tuż przed twarzą Lawra, który wybuchł głośnym śmiechem. Tak, tak, twój zniekształcony, piskliwy głosik jest taki zabawny. Ciesz się, Berry, ciesz. Masz takiego wesolutkiego chłopaka, o ja nie mogę. Usiłowałem zamordować go wzrokiem. Cholera, ta technika jest trudna do opanowania.

— Bierz miśka i idziemy — westchnęła moja siostra, obracając się tyłem i łapiąc Annę pod ramię. Dziewczyna speszyła się trochę – chyba nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Od początku wydawała mi się taka ciut nieogarnięta. Skąd moja siostra ją wytrzasnęła? Lawr złapał mnie za rękę i na odchodne pomachał jeszcze Seanowi. Jeszcze przez jakiś czas, za każdym razem, gdy zamykałem oczy, widziałem jego białe zęby, ułożone w cholernie równy uśmiech.

Mógłbym zacząć straszyć nim dzieci z mojego podwórka.

„Jak będziesz tu biegał, to przyjdzie pan z wielką mordą i pogryzie cię swoimi wielgaśnymi, białymi zębami!”

Nie, to nie byłoby zabawne.


Odprowadziliśmy Annę na przystanek. W sumie, nie zwracałem na to uwagi jakoś specjalnie. Irytowało mnie to, że Lawr tak cieszy się z tego miśka. Nie dał go sobie odebrać przez całą drogę do domu, nawet przy argumentach „on jest za duży” i „zaraz wrzucisz go w kałużę”. Kolejna ukochana zabawka? Sean zaczyna mnie irytować jeszcze bardziej. Nawet przyszło mi na myśl, że byłby lepszym bratem, niż ja.

W sumie… każdy brat byłby lepszy.

Te wodospady irytacji zaczynają doprowadzać mnie do skrajności.

Stanęliśmy przed domem. Szczerze mówiąc, trochę bałem się tam wchodzić. Taki typowy niepokój, gdy dawno nie było się w jakimś miejscu. Gdy przyrzekło się sobie samemu, że nie będzie się odwiedzać tego miejsca. I nagle plany sypią się, jak głupie puszki w lunaparku. Jedna, druga, trzecia, spadają z cokołu, a i tak nie pozwalają wygrać nagrody. Przegrywasz. Lynn popchnęła mnie kolanem do przodu, zmuszając do przejścia przez furtkę.

Jeszcze trzy tygodnie temu mieszkałem w tym dużym, białym domu z zielonym ogrodem i podwójną huśtawką koło żywopłotu. Z czerwonymi goździkami pod wschodnią ścianą, odgrodzonymi niskim, brązowym płotkiem, by nie niszczył ich pies. Powoli wgramoliliśmy się po schodkach.

Ten dom zawsze wydawał mi się taki wybitnie kolorowy.

Spróbowałem przełknąć gulę, jaka zebrała mi się w gardle.

Lynn otworzyła drzwi i krzyknęła głośno, że wróciliśmy, po czym zabrała się do zdejmowania butów. Pozbyłem się moich trampek i wszedłem w głąb korytarza. Było tu trochę obco. Mniej kolorowo. Mniej kwiatów, niż pamiętałem. Czyściej, niż ostatniego dnia.

Na ścianie wisiały nasze zdjęcia. Moje z ojcem, Lynn z jej matką, naszej czwórki, a potem i piątki. Na niektórych pojawiał się i Matt, którego dom znajdował się tuż obok, za ogrodzeniem. Nie lubiłem się im przyglądać. Czasy wiecznej sielanki. Sielanki, do której nie ma co wracać. Powrót mógłby być bolesny. Nie lubię bólu. Wszedłem za siostrą do kuchni.
Theresa stała przy kuchence, mieszając coś w garnku. Pachniało zupą neapolitańską. Z domieszką czegoś… mącznego? I bardziej południowego. Wychyliłem się zza framugi, przepuszczając Lawra przodem.

— MAMO, PAAATRZ! — zamachał ogromnym miśkiem tuż przed nią, strącając plastikowy wazon z półki. Odruchowo go podniosłem. W środku były tabletki. Włożyłem je, udając, że nie widzę. Antydepresanty.

— Śliczny — Theresa uśmiechnęła się miło, gładząc go po głowie — Miło cię widzieć, Philie.

Zagryzłem policzki od środka.

— Ciebie też. — mruknąłem do swojej macochy, patrząc w swoje skarpetki. Jedna była jaśniejsza od drugiej. Dlaczego, przecież były z tej samej pary…?

— Jak szkoła? — spytała całkowicie neutralnie. Lubiłem ją za to. Nigdy nie starała się narzucić mi tego, że jest żoną mojego ojca. Nigdy nie robiła mi wyrzutów, nie krzyczała. Byłem bratem jej syna, ale traktowała mnie prawie jak własne dziecko. Starała się. I była strasznie miła. Czasem nad normę. Chyba bała się, że jej nie zaakceptuję.

To nie moja sprawa, kogo kocha mój ojciec, dopóki nie próbuje naruszyć mojej wolności. Zresztą… ta kobieta była naprawdę w porządku. Sądzę, że bez niej mógłby sobie nie poradzić.

— W sumie dobrze. — odparłem machinalnie, unosząc wzrok — Pomóc ci w czymś?

— Możesz wymieszać sałatkę. — wskazała na szklaną miskę, stojącą na blacie. Złapałem dwie łyżki i zacząłem robić z sałaty i pomidorów prawdziwy burdel.

— Szkoda, że wpadasz tak rzadko — westchnęła cicho, dając Lawrowi surową marchewkę — myślałam, że będziesz chociaż na niedzielnych obiadach…

— Przepraszam. — bąknąłem. Aż przykro było mi… sprawiać jej przykrość. Była wyraźnie zawiedzona. Ale… nie potrafiłbym przychodzić częściej.

Lynn wróciła do kuchni, stanęła w progu, zrobiła przerażoną minę, po czym otrząsnęła się i złapała za sztućce. Czy widok mnie z dwoma długimi, srebrnymi przedmiotami w dłoniach był na tyle traumatyczny?

Kazała zanieść mi talerze do jadalni, stwierdzając, że wymiesza sałatkę.

W dodatku prawie dźgnęła mnie nożem.

Naprawdę ma PMS.

Ledwo postawiłem stos kwadratowej porcelany na stole, już pojawiła się w progu. Wydała z siebie ciche prychnięcie i zaczęła rozrzucać sztućce po obrusie. Ej, ej, ej. W oddali słyszę trajkotanie Lawra w kuchni. Zamrugałem, uświadamiając sobie, że celuje we mnie srebrnym widelcem, kompletnie nie pasującym do zastawy z Ikei. Moim widelcem, którym spożywam pokarmy od dobrych kilkunastu lat, który ma wygięty jeden z ząbków i jest najszerszy w domu.

— Jakiś problem? — spojrzałem na nią akurat w chwili, gdy z kuchni dobiegł niepokojąco głośny śmiech. Nie powiem, zabrzmiało to dość ironicznie.

— Żaden. — Nie opuściła widelca.

— To znaczy?

— Jesteś dupą wołową, a tak w ogóle, to nic.

Zamrugałem.

— Masz na myśli, że… — Miałem nadzieję, że dokończy. Dla pewności odłożyłem na stół ostatni talerz.

— Że jesteś durny, bo nie potrafisz nawet nawiązać więzi z otaczającymi cię ludźmi. — parsknęła, machając widelcem w jeden z tych bardziej niebezpiecznych sposobów.

— Czy wyglądam ci na labradora, który lata do każdego spotkanego na ulicy człowieka i zaślinia mu buty? — westchnąłem, czując, że ta rozmowa już zmierza na złe tory.

— Bardziej na yorka, bo one są wredne, pyskate i srają na kapcie właściciela. — W tym momencie do pokoju dumnym krokiem wtoczył się jej własny pies, którego rasy od dawna nie mogliśmy określić. — Ten chłopak był zabawny, gdybyś się z nim zaprzyjaźnił…

Nie skończyła, bo przez pokój przetoczyło się małe tornado w postaci Lawra.

„Przetoczyło” to dobre słowo. Nie sądziłem, że z gipsem można robić coś takiego. To chyba nawet nie był fikołek. Ani turlanie. W każdym razie, zakończyło się nodze od stołu, a Lawr wstał, otrząsnął się i wyszedł do ogrodu.

Czy ona powiedziała, że Sean jest, jak to było… ZABAWNY?

Spojrzeliśmy po sobie. Ja i Lynn.

— To ja pójdę po zupę… — Wycofałem się do korytarza, zostawiając ją zapowietrzoną. Ucieczka zawsze najlepszą drogą bezkonfliktowego rozwiązania problemu! Zagryzłem policzek. Moje zaprzyjaźnianie się. To nie był główny powód jej irytacji. Znaczy… głównym powodem na pewno byłem ja. Gorzej z tym, czego dokładnie owa irytacja dotyczyła, bo sądzę, że Sean nie miał tak pięknej zdolności wnerwiania mojej siostrzyczki. Wzdych, wzdych. W kuchni Theresa uśmiechnęła się do mnie cholernie życzliwie. Ona nie miała nieżyczliwej mimiki. Nawet denerwowała się życzliwie. Mam wrażenie, że dorosłem w jakimś chorym otoczeniu. Chociaż, jakoś wyrosłem na ludzi.

Dobrze, to mogłoby być zdaniem podlegającym dyskusji.

Przynajmniej waza z gorącą zupą była skuteczną obroną przed nacierającą wrogą aurą tej kobiety. Postawiłem ją na środku, czując się jak na celowniku dwóch laserów. Odwróciłem się, chcąc wrócić do kuchni i sprawdzić, czy nie trzeba zanieść czegoś jeszcze, mając przy tym wielką nadzieję, że jednak trzeba, gdy usłyszałem skrzypnięcie werandy.

— Lynette, słońce, zanieś mi to do salonu — Usłyszałem głos własnego ojca i odwróciłem się na pięcie.

— Cześć, tato.

— Och, Phillie, dawno cię nie widziałem!

Ciekawe, czy pamięta, że mieszkam w mieszkaniu bliżej centrum…

Bite dwie minuty stałem i parzyłem, jak wita się z psem.

Nie to, że mój ojciec kochał go bardziej niż mnie. A przynajmniej mam taką nadzieję. Lynn minęła mnie w progu, niosąc do salonu wielką paczkę… czegoś. Przekrzywiłem głowę. Mój ojciec był naprawdę dobrym człowiekiem. Wychowywał mnie sam od kiedy skończyłem sześć lat, załatwiał te wszystkie sprawy ze szkołą i opiekunką bez niczyjej pomocy. Jeśli miałbym zostać w przyszłości ojcem, chciałbym być taki, jak on. Chociaż, nie życzę tego moim dzieciom.

Niektórych genów po prostu nie powinno się przekazywać dalej.

Theresa wniosła do jadalni coś jeszcze i wszyscy usiedliśmy przy stole. W tym domu zawsze obowiązywało jedno ustawienie miejsc – ojciec zawsze siadał przy jednym z krótszych boków, potem ja obok niego, razem z Lawrem po prawej, potem Theresą przy drugim z krótszych boków i Lynn naprzeciw mnie. Ostatnie wolne miejsce nazbyt często zajmował Matt, któremu swego czasu zdarzało się do nas wpadać średnio kilka razy dziennie. Problem „u kogo na obiedzie jesteśmy dzisiaj” wydawał się o wiele ważniejszy, niż zbliżająca się klasówka. Pożałowałem swojego miejsca – Lynn najwyraźniej usiłowała przewiercić się przez moją czaszkę samym spojrzeniem.

Rodzinny obiadek zwykle składa się z rozmawianiu o niczym, pozwoleniu mówić najmłodszemu dziecku i spytaniu, jak tam w szkole. U nas doszło jeszcze coś w rodzaju „jak ci się żyje, Philipku?”, „czy ten Rosjanin cię nie spija” zaszyfrowane w „ale nie masz żadnych problemów, prawda?” i ogólne męczenie mnie o powiedzenie tego, co chcieliby usłyszeć. To wcale nie jest takie proste pod wiecznym nadzorem dwóch orzechowych gał wlepionych w twoją twarz! Mieszałem zupę ogórkową łyżką, podczas gdy Lawr opowiadał coś o swoim przedszkolu. Chyba słucham go coraz mniej uważnie. Ogółem, jego osoba robi się dla mnie jakaś… mniej ważna?

Nie, to niemożliwe.

Nie mógłby być mniej ważny.

Theresa wstaje i zabiera pusty talerz sprzed mojego nosa. Lawr zeskoczył już z krzesła i podreptał do salonu, paplając jak najęty. Ojciec zabrał się do ściągania poluzowanego krawatu. Lynn wymieniła z nim kilka zdań. Jak to jest, że ona po prostu akceptuje go, jako swojego ojca? Mówi do niego „tato”. Przecież nie jest jej rodzicem. To trochę dziwne. Chyba bym tak nie potrafił. Ojciec wyszedł do kuchni; przez zastępujące drzwi drewniane koraliki mogę dostrzec, jak całuje Theresę w policzek. Pewnie idzie popracować. Gdy z salonu dobiegła mnie charakterystyczna melodia czołówki Smerfów, uświadomiłem sobie, że zostałem z Lynn sam.

— Jestem wkurzona, bo jesteś bucem — warknęła, nie patrząc mi w oczy.

Serio, tak na poważnie?

To znaczy, to, że nie patrzyła mi w oczy, było faktycznie martwiące. Ona nie jest osobą, która odwraca wzrok. Rzadko w ogóle wykazuje taki symptomom. Ostatni raz… ach, kiedy po szkolnej wycieczce tłumaczyła rodzicom, dlaczego muszą zapłacić za materac z jej łóżka w ośrodku. W końcu cztery długie dziury, ewidentnie wycięte nożem, nie zrobiły się same.

— Więc?

— Anna o coś mnie poprosiła, powiedziałam jej, że to niewykonalne, ale obiecałam, że zapytam. — rzekła na wydechu.

Uniosłem brwi.

— Co prawda, jesteś egoistą, więc nawet mi nie pomożesz, ale nie ma sprawy, to też jej powiedziałam…

Ten fragment o egoiście mnie ukuł. Znaczy, chciałbym jej pomóc. Bo ona pomaga mi zawsze. A przynajmniej się stara. Przemilczając moją ostatnią przygodę z Jasperem w roli supermana ratującego dziewczę z opresji.

— Wal.

— Umów się z nią.

Że. Co. Proszę? Zamrugałem gwałtownie.

— Jesteś pewna, że nie chciałaś prosić o korki z fizyki? — Szczerze, modliłem się o pomyłkę.

— Wiedziałam. I tak byś się nie zgodził, bo to przecież głupie i smarkate, w dodatku, ona jest młodsza, a jak młodsza, to i głupsza, a i tak wszystkie dziewczyny są głupie, bo ja jestem Ufo.

— Nie jesteś Ufo, Ufo są przyjaźni. Chociaż, eksperymentują na ludziach, lubią robić im operacje, wczepiać chipy…

— Ach.

— Zastanowię się. — westchnąłem lekko.

— Cóż, zapytałam.

Wzruszyła ramionami i wyszła do salonu. Ta sytuacja była… dziwna. Zabawna? Nie. Dlaczego w ogóle stwierdziłem, że się zastanowię? Nawet jeśli bardzo by chciała, dziewczyna nie ma u mnie szans. I nie mam zamiaru robić przed nią żadnego coming-out’u. Z drugiej strony, „przykro mi, ale masz krzywą twarz, twoje włosy są be, a charakter fe, więc raczej nic z tego nie będzie” byłoby troszkę chamskie. Nawet bardziej, niż troszkę. Jak dla spłoszonej dziewczynki. Zastanawiam się, ile ona ma lat. Trzynaście? Czternaście? Brzmi tak… po prostu, małolata. Który facet chciałby chodzić z młodszą? Który… gej… chciałby chodzić z dzieciakiem?

Mam dość myślenia. Pogramoliłem się do mojego pokoju. Mojego… starego pokoju. Sądziłem, że niedługo przeniosą tam Lawra. Za dwa lata i tak bym się wyprowadził. Im wcześniej, tym lepiej. Westchnąłem, otwierając drzwi.

Sypialnia nie była jakaś specjalnie duża. Na tyle, by zmieścić tam łóżko, szafę i drewniane biurko. Wydawało się takie puste bez rozstawionego laptopa. Teraz została na nim lampka i równy stos różnych papierów – tabulatur, notacji i różnych tekstów. Między stołem, a ścianą, leżała moja gitara – spoczywała tam od wieków, bo tak naprawdę nigdy nie nauczyłem się grać. Nawet nie próbowałem. Prędzej odegram „Kanikuły” na organach, niż zrozumiem działanie tego instrumentu.

Hym, profanacja sprzętu kościelnego byłaby całkiem ciekawa.

Usiadłem na parapecie – okno było otwarte. W ogóle, pokój nie był zakurzony. Nigdy nie miałem w pokoju specjalnego bałaganu, ale teraz wydawało mi się tu jakoś tak… czysto. Theresa sprzątała w moim pokoju? Z jednej strony, to miłe. Chociaż nie o tym pomyślałem. Poczułem się trochę dotknięty.

Nie lubię, jak mi się grzebie w rzeczach.

Chyba nie zaglądała jakoś głębiej. Odetchnąłem, uspokojony.

Stąd widać dom Matt’a. Jak byliśmy mali, rzucaliśmy do siebie samolotami. Kiedyś mieliśmy nawet sznurek przeciągnięty między naszymi oknami – można było po kryjomu przesyłać sobie tajne listy. Albo ukrywać zabawki przed Lynn. Kiedyś, natchnięci wizytą w cyrku, spróbowaliśmy się po nim przejść. Nigdy więcej nie widziałem, żeby matka Matt’a tak szybko biegała.

Pogładziłem listki fikusa stojącego na parapecie. Po jednym z nich uparcie wspinała się biedronka. Och, biedronka. Czuję się prześladowany. Ta kobieta z lunaparku… ciekawe, kto to był. Zbieg okoliczności? Możliwe. Nie, chwila, nie ma zbiegów okoliczności. Są tylko perfidne przypadki i zrządzenia losu wprawiające w apopleksję. W każdym razie, dlaczego Misha miałby spotykać się z dziesięć lat starszą kobietą? Albo i więcej? Definitywnie była od niego wiele, wiele starsza. To aż nieetyczne. On mógł mieć cały swój wydział. Khe, uniwersytet. Rozciągnięte studentki gimnastyki.

Fuj, o czym ja myślę?

Żebym czasami potrafił powstrzymać się od myśli, które mogą zrobić mi krzywdę.

Pstryknąłem biedronkę, która wyleciała przez okno. Rozległ się dzwonek do drzwi.

— PHILIPE, MISHA PO CIEBIE PRZYSZEDŁ, WIĘC MOŻESZ ZASZCZYCIĆ PRZEDPOKÓJ SWOJĄ OSOBĄ!

Poczułem się jak dziecko zabierane przez jednego z rozwiedzionych rodziców do drugiego. Taki przekaźnik taśmowy.

Teraz wracałem z wakacji do małego mieszkania w mieście.

Gdy stanąłem na szczycie schodów, przywitał mnie widok Mishy flirtującego z moją siostrą. Mam wrażenie, że to nie jest specjalnie jego wina. On tak po prostu ma. Jego ruchy. Jego mimika. Nawet jego głos jest prowokujący.

Uśmiechnął się, przeciągając językiem po swoich zębach.

Zrobiło mi się dziwnie.

— Nie potrzebuję niańki — parsknąłem, zeskakując z ostatnich schodków i lądując tuż przy moich trampkach. Zasznurowałem je wybitne powoli.

Z kuchni wyłonił się Lawr.

— Idziesz juuuż? — mruknął cicho, onieśmielony obecnością Mishy. Mnie też te bite metr osiemdziesiąt ze złotą oprawą za pierwszym razem przeraziło. Chłopiec najzwyczajniej w świecie ukrył się za moimi plecami. Rosjanin zachichotał. Lynn też. Wiecie, oni chyba założą koło znęcania się nad młodszymi i bardziej bezbronnymi. Westchnąłem cicho, kucając naprzeciw Lawra.

— Muszę, idę do mieszkania, wiesz? — Oparłem swoje czoło o jego na krótką chwilę. Poczułem się dziwnie spokojny. Pociągnął ze dwa razy nosem i wydął usta z wyraźnym fochem.

— Ale wrócisz? — spytał cicho, ze smutkiem w głosie. Poczułem się jak parszywa menda.

— Jak mnie zaprosisz… — odparłem.

— Zapraszam cię! — zawołał i złapał się nogi Lynn.

— Lawrence, chodź do mnie, przywiozłem ci… — zanikający krzyk mojego ojca. Chłopiec odwrócił się powoli.

— Masz przyjść. Zapraszam cię! — zawołał i poleciał do taty. Uśmiechnąłem się lekko. To było miłe, na swój sposób.

— Pa! — krzyknąłem na tyle głośno, by było mnie słychać chociaż na pierwszym piętrze. Usłyszałem jakąś daleką odpowiedź Theresy.

Odwróciłem się do siostry.

— Cześć, Lynn.

— Cześć.

Normalnie, bez emocji. Nienaoliwione roboty mają więcej werwy i uczucia.

Wyszliśmy na ulicę, Misha i ja, nie odzywając się do siebie ani słowem.

— Naprawdę nie musiałeś przychodzić. — burknąłem, wciskając ręce w kieszenie. Dziwnie czułem się, będąc eskortowanym akurat przez niego.

Jakbym odbierał mu wolny czas.

— Twój ojciec mi płaci, więc dlaczego miałbym tego nie robić?
WIEDZIAŁEM. Parszywe poczucie winy odleciało wraz z wyrzutami sumienia.

— Z resztą, masz całkiem seksowną siostrę.

Zamorduję. Zamorduję, kurwa. A tak w ogóle, gdzie on dostrzega ten seksapil? Nie dość, że płaska jak decha, to jeszcze rusza się jak skejt połączony z władcą z dynastii Habsburgów.

— Wolę szatynki — westchnął Misha, odgarniając włosy z twarzy. Ciekaw jestem, czy jak miał piętnaście lat był słodką blondyneczką z ogromnymi oczami i zaróżowioną buźką. I hermafrodyckimi ciuchami. I długimi rzęsami.

Nie, przepraszam, z nas dwóch długie rzęsy miałem ja.

— Ostatnio były u nas cztery blondynki. Licząc ten tydzień.

Uśmiechnął się do mnie lekko.

— Bo łatwiej o chińskie podróbki — parsknął, trzepiąc włosami.

Cha cha cha. Bardzo śmieszne.

Położył mi rękę na głowie, śmiejąc się cicho. Poczułem się oszukany.

To tak, jakby chwilami był dla mnie miły, bo mu za to płacą.

Pierdolę taką uprzejmość.

Równie dobrze mógłby zdzielić mnie łopatą.


Głosuj (2)

matryoshka

23:10:47 || 1/08/2011 || Powrót Komentuj



Evangeline || 18:44:40 || 18/09/2011

Zawsze zaskakuje mnie, kiedy ktoś lubi Fausta O.o Ja osobiście traktuję go jak starą jędzę, zatruwającą wszystkim życie XD Ewentualnie mogę dodawać coś sporadycznie na http://tiefsterwinter.wordpress.com/
Byłoby miło gdyby komentował jeszcze ktoś oprócz Aeshy :<

78.88.144.223 || brak www



Vanilla || 20:12:38 || 5/09/2011

Więc tak:
Nie za często piszę komentarze, więc nie spodziewajmy się ode mnie czegoś wybitnie konstruktywnego. Ale, próbować każdy może trochę lepiej lub... Nie ważne.
Wracając, lubię to opowiadanie, tak strasznie przyjemnie się je czyta i ogółem to podoba mi się ten styl pisania. Żarty są super, tylko czekać na ciąg dalszy!
Więc, czekam!

77.91.1.248 || brak www



Evangeline || 11:58:24 || 23/08/2011

Zastanawiam się czy Philipe i Sean będą się tak nienawidzić do końca świata, czy może coś między nimi zaiskrzy... I ten kompleks śnieżnobiałych zębów 8D Mam wrażenie, że Philipowi ( Czy tak to się odmienia? Nie wiem, nie wiem... ) śnią się o nich koszmary po nocach.
Ogólnie Philipe ma poważne problemy z porozumiewaniem się z otoczeniem. Nawet go rozumiem, bo sama postępuję całkiem podobnie. Odsuwam od siebie ludzi, potem jęcząc, że zostałam sama. Ech... Philipe jest zdecydowanie bardzo wyalienowany.
"Kiedyś mieliśmy nawet sznurek przeciągnięty między naszymi oknami &#8211; można było po kryjomu przesyłać sobie tajne listy. Albo ukrywać zabawki przed Lynn." Przypomniały mi się Dzieci z Bullerbyn... Tam też był taki motyw, ach stare, dobre czasy <3
Po namyśle stwierdzam, że Philipe i Misha ostatecznie MUSZĄ zostać razem. Albo i nie. Zawsze byłam fanką dramatycznych, niespełnionych miłości...
"&#8212; Z resztą, masz całkiem seksowną siostrę.
Zamorduję. Zamorduję, kurwa. A tak w ogóle, gdzie on dostrzega ten seksapil?" Droczy się, droczy się! Uwielbiam <3

Biedny Philipe, myślał, że to karabin XD Co za rozczarowanie...

78.88.144.223 || brak www



bez podpisu || 23:49:32 || 9/08/2011

Widzę, że rozdziały coraz dłuższe, ale tak samo dobre. Nie ma zbędnego, nudnego, długiego opisywania niektórych sytuacji, co mnie denerwuje w niektórych książkach i blogowych opowiadaniach. Jednak czasem jest takie,hm.. odbiegnięcie od tematu. Często jest to fajne, ale czasem sprawia że nie rozumiem sensu wypowiedzi. Też niektóre zdania czy wydarzenia są zbyt chaotycznie ułożone. Nie chcę Cię jakoś specjalnie krytykować, bo uważam, że opowiadanie jest świetne. Kilka razy lepsze od mojego. I nie rozumiem dlaczego Wasz blog tak krótko utrzymywał się w polecanych.

Do tej pory najbardziej lubiłam Mishę. Teraz jakoś mnie zdenerwował. :x
Pozdrawiam Aesha.

zalogowany || http://brzask.blog4u.pl/



~Neko || 23:17:30 || 1/08/2011

Chyba jedynie ja jestem takim nocnym Markiem i czytam wasze rozdziały z taką szybkością. Ale to jest normalne przy przeczytaniu 34 książek w tym roku : > Chociaż to i tak mało xD
Hmmmmm....
Nie jest źle , czekam na więcej twojej twórczości < 3
Nie mogę się doczekać nowego szablonu , chociaż nie wiem jak się od tego odzwyczaję. xD

83.23.83.169 || brak www



8236

    Polub~

   Główna

  Galeria

Boys' Love

Na blogu znajdują się trzy różne opowiadania trzech różnych autorek, jedynie część wątków jest wspólna. Nowe rozdziały wychodzą w każdy poniedziałek, co daje nam nowy rozdział każdego opowiadania co trzy tygodnie.

Opowiadania

Philipe

► Pierwszy.

► Drugi.

► Trzeci.

► Czwarty.

► Piąty.

► Szósty.

► Siódmy.

► Ósmy.

Anthony

► Uno

► Dos

► Tres

► Cuatro

► Cinco

► Seis

► Siete

► Ocho

Brian

► Rozdział 1

► Rozdział 2

► Rozdział 3

► Rozdział 4

► Rozdział 5

► Rozdział 6

► Rozdział 7

Credits

Szablon stworzony w całości przez matryoshkę tylko dla bloga BOYS-LOVE. Wszystko tutaj należy do nas, autorek.
Cytat na belce oraz szablonie pochodzi z serialu Queer as Folk (USA) i wyszedł z ust niesamowitego boga seksu, Briana Kinney'a.

Współpraca