Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Seis

Seis

no więc, czas już na szósty. fanserwisu nadal brak, ale nie martw się, ..., doczekasz się, już niedługo. 
neko: nawet nie wiesz, jak bardzo motywujesz całą naszą trójcę, aż ci zadedykuję ten rozdział! bo jesteś. i zostań.


Alyssa wlazła do mojego pokoju koło ósmej i bez zbędnych wyjaśnień dobrała się do mojej beżowej rolety. Dałbym sobie rękę uciąć, że był to akt wynikający z jej wrodzonej wredoty.

– Nie masz serca, jest sobota.

Mruknąłem cicho, bardziej do siebie i ściślej owinąłem się w kołdrę.

– Nakarmiłeś wczoraj Alberta?

Odburknąłem coś niezrozumiałego.

– Osoba, co nawet o kota nie potrafi zadbać, nie będzie mi wypominać braku serca.

Z głuchym jękiem przewróciłem się na brzuch i wsunąłem głowę pod poduszkę, jakby mogło mnie to uratować przed jej irytującą osobą.

– Nasrał na dywan.

Ton mojego głosu wyraźnie wskazywał na to jak daleko mi jeszcze do uzyskania trzeźwości umysłu.

– Rozumiem. Jak przestaniemy go karmić, to przestanie srać. Całkiem sprytne.

Ironia w jej głosie była na tyle wyraźna, że mimo wczesnej godziny, doskonale ją wyczułem. Lekko uniosłem głowę i uchyliłem powieki.

– Wychodzę do pracy, masz się zachowywać i dać kotu żreć. Amen.

A no tak. Alyssa w wakacje zatrudniła się na pół etatu w Happy Buddha – takim małym sklepiku z różnorakimi pierdółkami, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie poczynając od bransoletek z Jezusem, poprzez wszelakiej maści chustki, na posążkach Buddy kończąc. I wiele, wiele innych. Czyli miejsce od którego lepiej trzymać się jak najdalej.

Usłyszałem jeszcze jak Alyssa trzaska za sobą drzwiami i ociągając się ruszyłem dupę w kierunku lodówki. Może w magiczny sposób wyminę poranny jogging do zoologicznego? Zerknąłem na ubogie zapasy w naszej lodówce. Może parówki? Koty jedzą parówki?

Jak nie, to zaczną. Dumny z pomysłu, wyciągnąłem rękę w kierunku foliowego opakowania, gdy w oczy rzuciła mi się mała karteczka.

„Nie, Tony, nie dasz kotu parówek, chyba, że widzi Ci się życie kastrata. ♥”

Czy mój tok myślowy jest aż tak prosty i przewidywalny?
Sięgnąłem do drzwiczek lodówki i złapałem w dłoń karton, którego opakowanie zdobiła łaciata krowa. Kolejna mała karteczka.

„Czy ty naprawdę jesteś aż takim idiotą, by dać kotu tylko mleko, kochany? ♥”

W zasadzie o tym nawet nie pomyślałem, ale skoro mi przypomniała… Podszedłem do czerwonej alberciej miski i nalałem mu trochę. Nie za dużo, dbam o jego linię. Patrząc na jego niezwykle monumentalne wymiary, nie zaszkodziłoby, gdybym zatroszczył się o to prędzej.

Od niechcenia wrzuciłem kromkę chleba do opiekacza, zatrzymując wzrok na trzeciej karteczce.

„Jesteś dnem, sam jesz, a biedne zwierze głoduje? Won do sklepu. ♥”

Wkurzyłem się i zostawiając posmarowaną truskawkowym dżemem grzankę na talerzu postanowiłem, że jako prawdziwy mężczyzna nie zjem śniadania dopóki niewiasta nie zostanie zaspokojona. Dla większej motywacji Albert został moją księżniczką w opresji, chociaż na nie za wiele się to zdało. Nie lubię księżniczek. 

Po powrocie dostrzegłem coś, co było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, aczkolwiek poniekąd zbiło mnie z tropu. Albert siedział na blacie obok tostera i najspokojniej w świecie szamał mój niedoszły posiłek. Niedoszły. Zaciskając usta w wąską kreskę napełniłem jego miskę właściwym pokarmem.

– Jeśli będziesz potem rzygał to z daleka od mojej pościeli. Rozumiesz? Z DALEKA.

Warknąłem cicho, ale na wszelki wypadek zamknąłem drzwi mojego pokoju i otworzyłem szerzej te do sypialni Alyssy. To jej wina, niech odpokutuje.

Kot wyminął mnie, nie rzucając w moim kierunku nawet najmniejszego spojrzenia. Jakbym, kurna, nie istniał. Tak mi się odpłacasz? Ja tu dla ciebie haruje i to dostaje w zamian? Głupi kocur.

– A niech cię przeczyści.

Rzuciłem w jego stronę i skierowałem się do drzwi. Mam jedną kwestię do wyjaśnienia. Szybko zbiegłem po schodach i wybiegłem na świeże powietrze. Zerknąłem na bezchmurne niebo. Coś tu nie grało. Od rana wszystko szło po mojej myśli, na dodatek pogoda była przepiękna, więc nie można było sobie spokojnie ponarzekać. Czyli na oko jakieś siedemdziesiąt pięć procent, że jeszcze mi się coś dzisiaj zjebie. Ziewnąłem, wyjmując z kieszeni równo złożoną kartkę. Treść brzmiała, jak nazwa jakieś ulicy na przedmieściach, i, o ile się orientowałem, znajdującej się gdzie w okolicy domu mojej matki. 

Wspomnienia.

Nie miałem ochoty się śpieszyć. Miałem czas. Nie za szybkim spacerowym marszem parłem naprzód przez pobliski park, co jakiś czas z politowaniem mierząc obściskujące się na ławkach pary. No, afiszujcie się, afiszujcie, niech świat was bliżej pozna. Kurde, tylko się nie zesrajcie tą miłością. Zmarkotniałem trochę przypominając sobie pewną osobę na literkę „F”, której twarz od dłuższego czasu starałem się wyrzucić z pamięci.

Nie ważne.

Nasze miasteczko do większych nie należało. Było takie średniawe jakby. Rynek był. Galeria handlowa była. Kilka biurowców także. Powiedziałbym, że było na tyle duże, bym bezproblemowo mógł się w nim zgubić, o.

Skierowałem się w stronę przystanku. Na tyle duże, by posiadać własną, dosyć rozwiniętą sieć autobusów. Rozwaliłem się na ławce i zadałem podstawowe pytanie: po co ja to właściwie robię? Pytanie wbiło mi się w podświadomość i towarzyszyło przez całą drogę. W autobusie. W rozglądaniu się po coraz bardziej nieznajomej okolicy. W wystukiwaniu rytmu na przybrudzonej szybie. I nawet, kurde, w drapaniu się po karku. 

Odpowiedź przychodziła jeszcze toporniej po tym jak stanąłem przed dużym, w połowie ceglanym budynkiem. Kiedy spojrzałem na cynamonową karteczkę, rozwiały się wszystkie moje wątpliwości. To tu. Przynajmniej trafiłem. Ogólnego wrażenia przepychu i dostatku bynajmniej nie psuł ani równo przycięty żywopłot, ani marmurowe schodki prowadzące na ganek, ani nawet ten pieprzony mercedes, stojący na podjeździe. No pięknie. Nienawidzę takich domów. Przypominają mi mój własny, ten, w którym spędziłem dzieciństwo, ten, stojący tylko dziesięć minut spacerkiem stąd. 
 
Wspomnienia.
 
Zamknąłem za sobą furtkę i stanąłem przed drzwiami, chwilę zastanawiając się, czy użyć dzwonka, czy mosiężnej kołatki w kształcie głowy lwa, prawdopodobnie umieszczonej tu tylko ku ucieszy gawiedzi. Jednak wybrałem dzwonek. Przynajmniej nie wpatrywał się we mnie pustymi oczodołami.

Otworzyła mi kobieta z dziwnym uśmiechem. Tak na pierwszy rzut oka.

– Przepraszam… Pan Alexander Conrad?

– Jest na górze, proszę za mną.

Z jej ust nie schodził dziwny uśmiech. Taki jakby… sztuczny? Coś mi przypominał. Tak! Jak byłem mały miałem psa. Znaczy to w zasadzie nie był mój pies. On po prostu był. Taki rodzinny. To były te czasy, kiedy wszystko było jeszcze proste. W każdym bądź razie pies miał taki zwyczaj, że wchodził pod stół i oczekiwał, że ktoś się nad nim zlituje i co nieco zrzuci na podłogę. Doskonale pamiętam wyraz jego pyska, gdy w tajemnicy przed rodziną karmiłem go owsianymi ciasteczkami. Wracając do kobiety – jej uśmiech był tego całkowitym przeciwieństwem.  

Zaprowadziła mnie na górę i wskazała jakiś pokój na prawo, nadal uśmiechając w ten osobliwy sposób…  Z całym szacunkiem, ale ta kobieta zyskała sobie u mnie miano pierwszej osoby, której tak na poważnie chciałem dać w ryj. W ten, kurwa, sztuczny ryj. 

Otrząsnąłem się i ruszyłem we wskazywanym kierunku. Zawahałem się chwilę przed dębowymi drzwiami, zastanawiając jaką taktykę obrać – w końcu umiejętności detektywistyczne to ja mam w małym palcu.

Tak. Jasne.

Czując na sobie dość natarczywe spojrzenie zapukałem cicho i nie czekając na odpowiedź wszedłem.

Byle jak najdalej od tego uśmiechu.

– Pan Alexander?

Spojrzałem w przestrzeń i dostrzegłem siedzącego przy dużym biurku trzydziestolatka. Przynajmniej na tyle wyglądał. Przynajmniej na tyle wskazywały jego niezwykle lśniące włosy.
 
Schauma?
 
Jak na właściciela Alibi, był dziwnie normalny. Spodziewałem się czegoś, jakby to ująć, okazalszego? Bardziej reprezentacyjnego? Geja? Podświadomie czułem, że kobieta z przedpokoju jest z nim w związku małżeńskim. Obrączki.

– Czym mogę służyć?

Podszedłem do biurka i oparłem o nie dłonie.  Rzuciłem przed siebie, wyglądającą już jak po przejściu tornado, wydrukowaną kartkę.

– Przepraszam bardzo, ale co to jest?

Head&Shoulders?

– Facebook?

Boże, daj mi cierpliwość, bo już po raz drugi w tym domu mam ochotę coś przemeblować.

Wyciągnąłem rękę i palcem wskazałem prawidłowy fragment.

Herbal Essence?
 
– Czy to Pana sprawa?

– Nie musisz do mnie mówić per pan, aż tak stary nie jestem.

Zaśmiał się nerwowo.

Oglądając wystrój gabinetu stwierdziłem, że tu nie pasuję. Patrz: pasuje niezwykle dobrze i właśnie z tym mi źle. Patrz także: mojej matce by cholernie zależało, bym tu pasował.
 
Nivea for Man?

– Czy to twoja sprawa?

Niemal wysyczałem nasączając to dość sporą dawką jadu. Skierowałem na niego szatańskie spojrzenie, zwężając oczy do poziomu minimum. Czyli myślisz, że cię nie widzę, a jednak patrzę i to z podwójną mocą. 

Pantene Pro-V?
 
Miał ładną fryzurę . Na pierwszy rzut oka zwykłe krótkie – ale na tyle długie, by trzeba je było czesać – włosy, ale z tyłu, po szyi, spływały trzy warkoczyki, łagodnie opadając na prawe ramię.

Gliss kur?
 
Przez chwile czytał podsuniętą informację, po czym wybuchnął śmiechem. I na jego nieszczęście, to był jak najbardziej szczery i naturalny śmiech.

– I czemu przychodzisz z tym akurat do mnie?

To pytanie nieco zbiło mnie z tropu. Wpatrywałem się w niego bez większego zrozumienia.

– Bo jesteś właścicielem, tak? Do kogo innego miałbym pójść, prawda?

Nie brzmiało to przekonująco. Głos mi drżał. Szczerze mówiąc, nie przekonałem nawet samego siebie. Brawo.

– A więc posłuchaj mnie, młody. – chwycił mnie za brodę i skierował w swoją stronę. – jestem tylko właścicielem, tak? Ja zazwyczaj tylko przyjmuje, lub oddalam propozycje. Tą dostałem od pewnego rodzaju… nazwijmy rzecz po imieniu, wspólnika. Jego instynkt nie zawodzi, jeśli kazałby mi zamknąć Alibi, bez zbędnych wyjaśnień, klub skończyłby swój żywot. Ale widzę, że jesteś zawzięty. Lubię takich. Dam ci coś.  

Puścił mnie i wyjął wizytówkę. Kolejna mała karteczka do mojej kolekcji.

– Pójdź tam i zapytaj o Jacksona Kinley’a.

A może to jednak był Garnier?

***

– Jackson? Jackson Kinley?  Co za… Ach, w sensie, Jax? A to trza było tak do razu, chłopie. Gdzieś się tam w środku kręci.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, ukazując dosyć rażące braki w uzębieniu.

Serwis samochodowy. Taki w którym, jak babcię kocham, nigdy bym swojego samochodu nie zostawił. Już bym prędzej dał go naprawiać ojcu – który, oczywiście, psując go jeszcze bardziej utrzymywałby, że dzięki niemu ten samochód „jeszcze trochę pojeździ”.  Miałem tak z kolejką górską. I statkiem na baterię. I z moim pierwszym komputerem (po nim dostałem laptopa, więc to nawet było opłacalne).

Ostrożnie wszedłem do środka. Na wszelki wypadek chroniłem krocze, gdyby wewnątrz rzucali kluczami francuskimi. Nigdy niewiadomo, co się dzieje w takich podrzędnych serwisach.

– Przepraszam bardzo, Jackson Kinley… jest tu gdzieś? – zapytałem kolan jakiegoś gościa wsuniętego do połowy pod ozdobionego zaschniętym błotem, za czasów swojej świetności chyba czerwonego, pickupa.

Nieśpiesznie się wysunął.

– Kto?

– Em, Jax?

– Ach, Jax, Jax, na lewo, czarny samochód, miał ciężką noc, pewnie się obija gdzieś na boku z fajką w ręku, na pewno poznasz.

Puścił do mnie oko i już po chwili ponownie zniknął pod dużym samochodem.

Poszedłem we wskazanym kierunku i zatrzymałem się przy czarnym kabriolecie. Z otwartej maski wystawały grube kable. W powietrzu unosił się jakiś przyjemny zapach. Taki… wydawał się jakby znajomy.

Usłyszałem ciche kaszlnięcie, za którego źródłem zaraz pognałem. W jakimś cichym kącie, z gazetą zakrywająca twarz i papierosem w ręku, leżał półnagi mężczyzna. Ktoś mnie uświadomi, jak można palić z gazetą na głowie?! Nieważne. Miał seksowny tyłek. Definitywnie. Powiedziałbym nawet, że dziwnie znajomy seksowny tyłek.  

– Jackson Kinley?

Doskonale wiedziałem, że to on. Intuicja? Chciałem po prostu zwrócić na siebie jego uwagę.

Powoli zsunął z twarzy gazetę… I w tym momencie zaczęło się we mnie gotować. Boże, mamo, tato, babciu, siostro, sąsiadko Oko Saurona, TRZYMAJCIE MNIE. TO ON. Ta twarz, ten tors, ten zapach, i przede wszystkim ten tyłek.



Wkurzyłem się teraz.

– A więc to jednak ty.

Zacisnąłem dłonie  na drzwiczkach kabrioleta.

– Słucham?

Był opanowany. Tak cholernie odprężony i z twarzą wypraną z wszelkich emocji. Tylko zwiększało to moje rozdrażnienie.

– To jakiś żart, prawda? Czemu mnie tam wysłałeś, skoro to twoja sprawa. To ty zabroniłeś wstępu młodzieży do lat osiemnastu do Alibi.

Tak naprawdę to nie byłem zły na niego. Nie byłem zły na to, że mnie w pewien sposób wystawił. Byłem zły na siebie. Za swoją łatwowierność. Za swoją bezmyślność. Za swoją głupotę i kurna upór. I na to spojrzenie dwóch szarych oczu.

– Wypraszam sobie, nie pytałeś o osobę, z której głowy wyszedł ten pomysł, ale o właściciela.

Wpatrywały się we mnie ze… znudzeniem? On mnie irytował. Irytował. Po prostu irytował. Ech. Jak on mnie irytował. Stałem przed nim, coraz mocniej zaciskając dłonie na drzwiczkach i starając się nie wpatrywać w tę twarz. W te oczy. Bez wyrazu.

– Dlaczego?

– Czy ja wiem… Już od jakiegoś czasu mieliśmy kłopoty z policją. Wiesz – przestrzeganie prawa, rzecz święta.  – chwycił się za serce, jakby chciał podkreślić swą świętobliwość Co ciekawsze, jego twarz nadal była uboga w emocje. 

Gówno prawda. On, a przestrzeganie prawa? Ja już za sam wygląd i spojrzenie znalazłbym na niego kilka paragrafów. Poza tym, wygląda mi na takiego, co byłby w stanie wzbudzić szatana w najzagorzalszych, religijnych fanatykach. I pewnie korzysta z tej umiejętności. 

– Nie pokokietujesz mnie?

– Co?

Spojrzałem na niego zdezorientowany.

– Widziałem to na wielu filmach, jak jakaś laska w obcisłej kiecce chce coś osiągnąć, to robi takie śmieszne rzeczy przy biurku.

– Wybacz, wyżej się cenię.

Wyrzucałem z pamięci, to co robiłem około godziny temu w gabinecie Alexandra. O takich rzeczach się nie wspomina, każdy popełnia jakieś błędy, a patrząc na to z perspektywy czasu… TAK, to był błąd. Gdyby to była chociaż właściwa osoba…

– Czyli nie ma szans, byś odwołał rating?

 – Czy ja wiem? Zobaczymy, jak ładnie poprosisz.


Głosuj (0)

kotofil

20:32:59 || 18/07/2011 || Powrót Komentuj



pig || 21:44:44 || 23/07/2011

o jezu, kocham cie normalnie! booooski rozdzial, chce wiecej

82.145.208.204 || brak www



Evangeline || 10:44:06 || 23/07/2011

Dziękuję za komentarz~ Czuję się zaszczycona XD Podoba mi się tutaj, więc dodaje do ulubionych <3
Życzę powodzenia w pisaniu i czekam na więcej!

zalogowany || http://evangeline.blog4u.pl/



~Neko || 23:17:59 || 18/07/2011

Widać już , że jestem wyczerpana , bo robie takie błędy ortograficzne , że cho cho xD

83.23.78.227 || brak www



~Neko || 23:12:28 || 18/07/2011

O Jezusie i Maryjo rozdział zadedykowany tylko mi *u* Nawet nie wiecie jaki miałam zaciesz i chociaż szłam psać ( w moim języku lulu lulu xD ) to przeczytałąm Rozdzialik na który tak czekałam *u*
Kotofilku i jak zawsze to mnie po prostu zachwyca :D I czekam uporczywie na więcje , ja chce więcej no!
A spokojnie , byłam , jestem i nigdzie się nie wybieram więc zawsze będę ; >

83.23.78.227 || brak www



8236

    Polub~

   Główna

  Galeria

Boys' Love

Na blogu znajdują się trzy różne opowiadania trzech różnych autorek, jedynie część wątków jest wspólna. Nowe rozdziały wychodzą w każdy poniedziałek, co daje nam nowy rozdział każdego opowiadania co trzy tygodnie.

Opowiadania

Philipe

► Pierwszy.

► Drugi.

► Trzeci.

► Czwarty.

► Piąty.

► Szósty.

► Siódmy.

► Ósmy.

Anthony

► Uno

► Dos

► Tres

► Cuatro

► Cinco

► Seis

► Siete

► Ocho

Brian

► Rozdział 1

► Rozdział 2

► Rozdział 3

► Rozdział 4

► Rozdział 5

► Rozdział 6

► Rozdział 7

Credits

Szablon stworzony w całości przez matryoshkę tylko dla bloga BOYS-LOVE. Wszystko tutaj należy do nas, autorek.
Cytat na belce oraz szablonie pochodzi z serialu Queer as Folk (USA) i wyszedł z ust niesamowitego boga seksu, Briana Kinney'a.

Współpraca