wooow. już szósty. ale zleciało.
droga ... Jasper od Jaspera Johns'a, malarza. Szczerze mówiąc, najpierw pomyślałam o nim, dopiero później o biednym zmierzchowym wampirku.
taa, nie mam rodzieństwa, ale nie powiedziałabym, że Lynn i Philipe to rodzeństwo. to bardziej relacja skierowana na wyzysk. jakoś tak.
kocham cię za fanclub Luciana i Alberta. mam nadzieję, że mamy członkostwo :D
zauważyłam, że pierwowzory po cichu wymykają mi się z charakterów moich postaci.
dziękuję pięknie wszystkim czytelnikom i pokornie proszę o krytykę i komentarze.
Od czwartku nie wychodziłem z pokoju.
Nie dlatego, że cierpiałem z powodu nowo nabytej traumy. Akurat to nawet nie przyszło mi na myśl.
Po prostu… było mi jakoś cholernie wstyd. Miałem głupie, cholernie bolesne przeświadczenie o własnej zasadniczej ułomności. Idiotyzmu, jakim się wykazałem. Tego, że musiałem dostać w twarz, by to pojąć. I to od kogo! Od osoby, która w moim mniemaniu zasługiwała na jakiś całkiem siarczysty policzek.
Jasper. Ten… idiota.
Prychnąłem, chowając głowę między kolanami.
Tak na marginesie, jest sobota.
Misha do mnie nie zaglądał. Dzięki Bogu. Nie wiedziałbym, co mu powiedzieć. Zastanawiałem się, jakich ciekawych rzeczy naopowiadał mu ten idiota. Tak, przed Mishą było mi najbardziej wstyd. Bo miał mnie pilnować. Bo wchodząc do tego mieszkania musiałem obiecać, że nie odstawię żadnej chorej akcji.
I nagle odwalam coś tak durnego.
Aaach, jestem małym durnym chłopcem bez widoków na przyszłość.
Który w dodatku dałby się przelecieć pierwszej lepszej napotkanej na ulicy osobie, bo ma nadzieję, że to coś zmieni. Zastanawiam się, czy potrafiłbym się zmienić dla jakiegoś wyższego celu. Czy potrafiłbym znaleźć sobie dziewczynę i stać się normalnym chłopakiem z normalnymi znajomymi. Dla wyższego dobra. Nie, nie ma wyższego dobra.
Najgłupsze jest to, że osoba, która zmusza mnie do tych chorych przemyśleń jest prawdopodobnie zupełnie nieświadoma swych wprowadzających terror poczynań. Tak, mówię tu o Mishy. Wtedy, wieczorem, przyjechał po mnie. Wkurzony jak nigdy. Nie krzyczał. Nie dał mi w twarz. Po prostu zabrał mnie autobusem do domu i zostawił samego sobie. I jeszcze stwierdził, że jestem tylko zatwardziałym egoistycznym chujem, który tylko udaje, że interesują go rzeczy dla niego ważne.
Zabolało.
Zastanawiałem się, dlaczego Jasper zadzwonił właśnie po niego. To znaczy, w teorii wiedziałem. Najpierw połączył się z Lynn. Wiedział, kim ona dla mnie jest, nic dziwnego. Tyle, że ona kazała mu zadzwonić do Mishy, stwierdzając, że nie chce wiedzieć. Że nie powinna wiedzieć.
Czasami zastanawiam się, dlaczego zawsze mówimy, że jesteśmy rodzeństwem. Ja i Lynn. Nic, kompletnie nic nas nie łączy. Ach, może to, że mamy wspólnego brata, a nasi rodzice wzięli ślub. To wszystko. Nie chce wiedzieć, co się ze mną dzieje. Ja nie chcę wiedzieć nic o niej. I tak wiemy wszystko. Udawanie oziębłości i zażyłości jednocześnie jest po prostu wygodne. Chociaż, to, jak zareagowała trochę mnie zszokowało. Myślałem, że bardziej się zmartwi. Potem zrozumiałem, że nie chciała mieć pretekstu, by zabrać mnie z mieszkania.
I tutaj znów powraca temat Mishy.
Dzwonek do drzwi rozpoczął swoją tyradę, a ja pomyślałem, że chyba zrobię sobie coś przykrego. Nie wiem, kto wybierał tą melodyjkę, ale zdecydowanie nie była ona trafna. „Levan Polkka”, do jasnej cholery. I każdemu staje przed oczami wielki, w założeniu słodki osioł w mini, który śpiewa jakieś nieogarnięte fińskie słowa w uzależniającym rytmie. W dodatku, nasz dzwonek zdycha, więc zamiast całej monofonicznej orkiestry słychać tylko kilka pierwszych nut i głośny jęk sprzętu grającego. Usłyszałem głos Mishy i jakiegoś mężczyzny. Coś ciężkiego opadło na ziemię. Trzasnęły drzwi.
Zadrżałem, słysząc, że jego kroki zatrzymały się przy drzwiach.
Panel powoli przesunął się, ukazując dłoń z tacą. Herbata? Ani myślałem o tym, by wygramolić się z koca. Śledziłem każdy ruch blondyna wzrokiem pełnym obawy. Nie wiedziałem, co zrobi. Wolałbym, żeby krzyczał, niż milczał. Misha nigdy nie krzyczy. Nigdy nie słyszałem, by podniósł głos. Często niemalże szepcze tym swoim barytonem, chwilami schodząc aż do basu, a dziewczyny padają przed nim na kolana. Zabawne, że potrafiłem rozpoznać barwę jego głosu, a nie umiałem przewidzieć nawet, co zrobi za chwilę. Usiadł na stoliku, zyskując niebanalną przewagę. Patrzył na mnie z góry, doskonale wiedząc, że czuję się jak pisklę zamknięte w klatce.
Bezpiecznie, ale w sumie, to nie masz, gdzie się ruszyć.
— Jesteś wyzwaniem. — westchnął, odgarniając włosy do tyłu. Sięgały lekko za ramiona, najdłuższe kosmyki pewnie gdzieś do łopatek. Dlaczego teraz skupiam się na takich pierdołach? — Przez ciebie zaczynam zastanawiać się, dlaczego rzuciłem drugi kierunek studiów.
Och, rzuciłeś studia?
To ty potrafisz robić coś poza malowaniem?
Patrzyłem na niego wyzywająco, nie wiedząc, czego oczekiwać. Co to za rozmowa? Co ty, do jasnej cholery, masz zamiar mi przekazać?
— Jesteś… zirytowany?
Zaskoczyło mnie to.
— Nie. — odparłem, kompletnie zbity z tropu.
— Przerażony?
— Nie.
— Załamany?
— Nie.
— Zszokowany, bezradny, zdezorientowany, zestresowany?
— Nie… nie wydaje mi się.
— Winny?
Zaciąłem się. Rzecz nazwana po imieniu uderza dwa razy mocniej.
— Nawet jeśli, to co? — warknąłem, usiłując przybrać jakieś reakcje obronne. Wrogość zwykle działała najlepiej. Odstraszała. To raczej nie działało na Mishę, ale w tej chwili, łapałem się wszystkiego.
Wzruszył ramionami. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. On patrzył na mnie, ja patrzyłem na okno. Dostrzegłem korowód przejeżdżający naszą ulicą.
— Robisz to, by dać sobie ulgę, czy przyjemność? — spytał nagle, wpatrując się we mnie uważnie. Zamrugałem szybko.
— Co?
— Ranisz ludzi, na których ci zależy.
Zagryzłem policzki od wewnątrz. Pytanie poniżej pasa. Nie chciałem nikogo ranić. Chyba… nie.
Poczułem, jak długie palce zanurzają się w moich włosach. Misha czochrał mnie po głowie. Jak dziecko. Poczułem się jak przedszkolak, który właśnie spadł z karuzeli i teraz płacze, bo rozbił sobie kolana, a rodzic usiłuje go pocieszyć.
— Dalej zachowujesz się jak dzieciak. — rzucił cicho, a ja poczułem się dziwnie. Jakbym zawierał jakiś durny pakt. Co ten facet może o mnie wiedzieć?
Ale chyba… miał rację. Czy jakoś tak. W każdym razie prychnąłem w odpowiedzi.
Wyszedł, a ja klapnąłem plecami na łóżko. Na suficie namalowana była, w bardzo artystyczny sposób, mapa nieba. Dzięki niej czułem się tutaj jakoś bardziej… swojsko. Gdy byłem młodszy, gwiazdy mnie fascynowały. Umiałem wymienić nazwy większości konstelacji i odnaleźć je na nocnym niebie. Od razu zauważyłem, że nie wszystkie zostały namalowane w dobrych miejscach. Najwyraźniej wyznaczył je ktoś, kto się na tym nie znał. Chociaż, robiły niesamowite wrażenie. Misha był naprawdę zdolnym artystą, musiałem to przyznać.
— Ubieraj się. — dostałem z płaszcza po ryju. Jak miło. Podniosłem się z łóżka z płaszczem w ramionach i wyjrzałem przez drzwi, pierwszy raz od czwartku.
Z przedpokoju coś łypnęło na mnie swoimi czerwonymi ślepiami.
MÓJ BOŻE, WIDZĘ STALINA!
Przerażony cofnąłem się gwałtownie za drzwi, spadając z powrotem na łóżko. W przedpokoju stał Stalin. Stalin mojej wysokości. Właściwie popiersie, zamocowane na wysokim cokole. Miało złote, krzaczaste brwi i idiotycznie ułożone włosy. I szkarłatne diody w oczach.
I… I PATRZYŁO NA MNIE.
Przynajmniej miałem wymówkę, dla której mogłem spokojnie siedzieć w pokoju.
— Finny? — głos Mishy dobiegał gdzieś z okolic… stalinowskich, powiedziałbym.
— Nie ma mnie, odmawiam wyjścia ze schronu — parsknąłem, kiwając się w przód i w tył niczym dziecko z chorobą sierocą. Właściwie, wykazywałem tylko normalne objawy posiadanego schorzenia. Nie ważne, boję się tego korytarza! — ZSRR najechało na moje ziemie, muszę bronić frontu!
Misha zajrzał do pokoju, już nawet oszczędzając sobie patrzenia na mnie jak na idiotę. Spłoszony, rzuciłem mu szybkie spojrzenie.
— Tak w ogóle, nazywam się Philipe.
— Bez różnicy. — Wzruszył ramionami i otworzył szerzej drzwi.
Rzeczywiście, fakt, iż nazywam się zupełnie inaczej, niż sobie to zapamiętał, nie robi żadnej różnicy. Ja rozumiem, jakbym miał jakieś trudne imię, jak Despiau, Pompidou albo Giraudoux. Ciekawe, skąd w ogóle znam takie słowa. Ach, jest dużo rzeczy, które chciałbym o sobie wiedzieć.
Ogarnąłem się i wstałem. Stalin nadal na mnie patrzył.
Szliśmy długą arkadą, mającą swój początek przy wyjściu z rynku. Była to jedna z tych bocznych, schowanych w cieniu ratusza uliczek, które zwykle urzekają swoim urokiem i głupią atmosferą swojskiej codzienności. Mishy ewidentnie się podobało. Lubił architekturę. Lubił te ceglane, wysokie kamieniczki, ozdabiane białymi rzeźbami na wysuniętych cokołach, z kamiennymi kwietnikami wbudowanymi w balkony. Szedł po mojej lewej stronie i opowiadał mi o tym, co widzi, jak na jakiejś wycieczce do obcego miasta w podstawówce.
— To są pierzeje, ciągną się do końca ulicy. Tamten gzyms jest ozdobiony astragalem, łatwo go poznać, bo przypomina literę „D” w alfabecie Morse’a…
Ta sytuacja była jakaś głupia. To znaczy… nie do końca wiedziałem, co ma zamiar mi w ten sposób przekazać. Zostałem trochę z tyłu, wlokąc się za mężczyzną. Tuż nade mną wisiała wielka głowa smoka, coś, czego zawsze bałem się w dzieciństwie. Gargulec. Spojrzałem mu wyzywająco w oczy i nagle dostałem wodą po ryju.
Kurwa, kto projektował tą instalację wodną?!
Misha trząsł się ze śmiechu jakieś dwa metry dalej. Pieprzone, złośliwe rzygacze. Dobrze, że wody było mniej, niż mieści się w szklance. W każdym razie, ryj mokry, koszula mokra, a pacan cieszy cię, jak durny. Wytarłem twarz rękawem, rozglądając się z rządzą mordu. Gargulec wyglądał wyjątkowo niewinnie.
— Dokąd tak w ogóle idziemy? — spytałem tego idioty, który brechtał się jak opętany. Rzeczywiście, kurwa, śmieszne. Wygrzebałem z kieszeni chusteczkę i wytarłem swoją buźkę, zastanawiając się, czy szanowny grzyb na mojej głowie już zamienił się w gustowne afro z powodu wilgoci.
— Po prezent. — odpowiedział iście lakonicznie, ściągając gumkę z włosów i potrząsając łbem jak wypuszczony na pastwisko kucyk Pony. Muszę przyznać, że tak wyglądał bardziej… zniewalająco. A najlepszym potwierdzeniem tego faktu były dwie nastolatki, które z podniety wlazły w słup. Uśmiechnąłem się złośliwie. Szkodliwy czynnik często sam eliminuje się z otoczenia, wystarczy tylko odpowiedni bodziec.
— Dla kogo? — uniosłem brwi. W promieniu dwudziestu metrów widziałem tylko mały kiosk z automatem z napojami, filię jakiejś francuskiej piekarni, której nazwy nigdy nie mogłem zapamiętać i sklep z wybitnie drogimi butami. Dobra, jestem skłonny pomyśleć, że Misha ma zamiar po cichu obłupać jakiś fragment tympanonu i obwiązać go wstążką. Mężczyzna nie zatrzymał się. Z tyłu wyglądał strasznie… chłodno. Tak obojętnie. Zanotowałem, że włosy sięgały mu gdzieś do łopatek. Były bardzo jasne, prawie jak farbowane. Kojarzył mi się z tymi tlenionymi arystokratami z książek historycznych.
Tak, Misha pasowałby na tą rolę idealnie.
Stanęliśmy przed sklepem, którego szyld upszczony był wszelkiego rodzaju indyjskimi ozdóbkami. „HAPPY BUDDHA”, o cokolwiek chodziło. Misha spojrzał na mnie przez ramię, trzepiąc włosami.
— Dla znajomej — uśmiechnął się, przechodząc przez próg.
Znalazłem się w królestwie pierdół made in India.
Otaczało mnie ze dwadzieścia spasionych figurek Buddy każdego rozmiaru i z każdego materiału. Jedna była nawet lateksowa. Wisiały tam też gumowe, kolorowe bransoletki o dziwnych kształtach. Drewniane koraliki, miedziane monety, szklane paciorki i srebrne okręgi. Zaraz obok kolczyki, też o wszelkich możliwych kształtach. Och, natknąłem się nawet na jedne z wizerunkiem Jezusa. I Marii. I Boba Marley’a. Nie mam zielonego pojęcia, jaki miałoby to mieć związek. Dalej leżały kamienie szlachetne, które z przyzwyczajenia pominąłem. Lynn bardzo lubiła je zbierać, gdy była młodsza. Tak samo, jak lubiła patyczaki. I chciała dostać na urodziny pająka. Znalazłem się przy pierścionkach w kształtach rozmaitych wielonóżców, wysadzanych cyrkoniami.
Misha opierał się o kasę, rozmawiając z ekspedientką. Ze zdziwieniem zauważyłem, że ją znam. Ta kobieta mieszka… obok nas. Lokum obok, dosłownie. Czasami widzę ją na balkonie, jak czai się tam z jakimś napalonym wzrokiem. To przez to, że Misha lubi sobie czasem wyjść zapalić w samym wąziutkim ręczniku, owiniętym wokół bioder. On i te jego pedalskie, miętowe papierosy dla bab.
Dziewczyna poprowadziła go do jakiejś półki i zaczęła pokazywać różne wisiorki. Srebrne, złote, drewniane, była tego cała masa. Znudzony, zabłąkałem się do głębszej, i, jak się zorientowałem, droższej części sklepu. Stał tam ogromny, wysadzany kamieniami szlachetnymi żółw. Nie powiem, robił wrażenie. Światło odbijało się od kolorowych szkiełek, tańcząc w pomieszczeniu. Przyglądałem mu się przez chwilę z zafascynowaniem. Pod żółwiem leżały jakieś wisiorki. Schyliłem się, by skończyć z dużą, srebrną biedronką w ręce.
— Masz oko. — podskoczyłem w miejscu jak oparzony. Tak szczerze, to dopiero co podniosłem pierdołę na chybił trafił, a zza pleców już słyszę mroczny głos uwodziciela ekspedientki sklepu fanów hinduizmu.
— Kolejne gówno. — burknąłem, odkładając biedronkę na stolik. — Mają tu same pierdoły.
Misha wziął wisiorek do ręki i obejrzał go dokładnie, po czym po prostu wyminął mnie w przejściu.
Ten człowiek nie ma ani krztyny dobrego gustu, czego ja się mogłem spodziewać?
Siedziałem na ławce, wpatrując się w chmurki. Mamy niedzielę. Wszystko jest… normalne. Misha robi za opiekunkę półetatową, ale tym razem nie moją. Chyba go to cieszy. Spotykam się dzisiaj z moją familią. Wracam do domu na wieczór.
Ja pierdolę, dzisiaj jest jakoś dziwnie nienormalnie.
Nagle wpadło na mnie małe tornado.
Lawr. Przytulił się do mnie mocno, paplając kompletnie bez sensu. Cieszyłem się, że go widzę. Ostatni raz spotkaliśmy się chyba w wakacje… stęskniłem się. On najwidoczniej też. Poczułem, jak małe palce wczepiają się w przód mojej koszulki. Gips wbijał mi się w brzuch. Przede mną stanęła Lynn, podpierając ręce na biodrach i patrząc na mnie badawczo. Głupie, nadzorcze spojrzenie. Monitorowała mnie nim całą drogę do lunaparku. Jakbym był jakimś pedofilem, który chce wykorzystać jej brata… och, jak wymownie to teraz brzmi.
Obok niej stała jakaś dziewczyna. Wydaje mi się, że młodsza ode mnie. W dodatku, strasznie nieśmiała – schowała się za Lynn, jakby ta była jej murem ochronnym. Przede mną? Wstałem i przedstawiłem się. Anna była koleżanką mojej siostry z gimnazjum. Z tego, co zrozumiałem, znały się z sądu. Lynn nie powinna dobierać sobie znajomych w ten sposób. Zawsze znajduje dziwnych ludzi, po czym robi przez nich wybitnie dziwne rzeczy. No cóż, nie powiem, żeby zaskakiwało mnie to jakoś szczególnie.
Powoli ruszyliśmy w stronę parku rozrywki, rozmawiając w sumie o niczym. Dziewczyny plotkowały o swoich sprawach, Lawr opowiadał mi o różnych pierdołach. Że mam mu się podpisać na gipsie, bo ściągną go za miesiąc, że w szkole wszyscy rysowali mu na nim obrazki, ale zostało jeszcze trochę miejsca, że jego nauczycielka traktuje go jak sierotę, a mama nie pozwala mu nic zrobić samemu, bo boi się, że znów się wywróci. To było zabawne, słuchać wynurzeń ledwie siedmiolatka. Chyba czuł się urażony, że Lynn nie skupia się na tym, co do niej mówi. To głupie, ale ze mną zawsze miał lepszy kontakt. Może dlatego, że uwielbiałem to dziecko. Nikt nie był bardziej szczery. Dzieci zawsze są szczere, nie mają powodów, by kłamać.
Przyjezdne lunaparki są o wiele mniej emocjonujące niż te stałe. Na przykład, nie ma w nich tak ogromnych rollercoasterów albo diabelskiego młynu. Po prostu, kilka atrakcji na krzyż. Tu sprzedają popcorn, tu baloniki, gdzieś tam znajdą się i lizaki we wszystkich kształtach. Weszliśmy razem na wielki plac, wypełniony po brzegi atrakcjami. Lawr od razu zaciągnął mnie cholera-wie-gdzie. Karuzela? Przystanąłem przy barierce, czując, że robi mi się trochę słabo.
Nie przepadałem za karuzelami.
Może dlatego, że miałem fatalną chorobę lokomocyjną i wolałem nie wstrząsać żołądkiem. Albo też dlatego, że kiedyś Lynn kazała mi siedzieć na karuzeli na placu zabaw, a sama biegała wokół, badając właściwości siły odśrodkowej. W każdym razie, wcale nie miałem ochoty tam włazić. Za nic.
Siostra przyczaiła się przy bramce, uśmiechając się wrednie.
— Philie, choodź! – zawył Lawr, ciągnąc mnie za pasek od spodni. Miałem wrażenie, że zaraz go zerwie, co skutkowałoby zsunięciem się jeansów z tyłka. Niedobrze.
— Może pójdziemy razem? — Anna wysunęła się nagle zza moich pleców. Jak na akcję ratunkową „żal mi tego chłopaka”, poszło jej całkiem nieźle. Lynn zrobiła zrezygnowaną minę. Wydaje mi się, że odczuwała przyjemność z patrzenia, jak moja twarz stopniowo zmienia swoje barwy. Wredna kobieta.
— Dzięki. — mruknąłem do niej cicho, gdy Lawrence ze średnim entuzjazmem złapał ją za rękę i pociągnął do bramki. Uśmiechnęła się, wyglądając przy tym jak miła uczennica z podstawówki.
Odwróciłem się i coś małego uderzyło w moje krocze.
AJĆ AJĆ AJJJJJĆ!
Klęczało przede mną małe dziecko, które chyba zaraz miało się rozpłakać. Było strasznie słodkie – złote loczki spływały mu do oczu, nadając mu wygląd pucołowatych aniołków z katolickich kościołów.
— Hej, wszystko dobrze? — ukucnąłem naprzeciw niego, ignorując ból w kroku i pomagając mu wstać. Chłopiec był na granicy spokoju i histerii. Pociągnął dwa razy nosem. — Ej, mały… nie płacz.
— Nie placzę, tata powiedział, ze tylko glupki placzą! — wygięło usta w dziubek, wyglądając przy tym strasznie zabawnie. Miał zdarte kolana.
— Gdzie jest twoja mama? — spytałem, mając nadzieję, że kobieta nie zostawiła go tu i nie poszła na jakąś dziwną atrakcję.
— Mama? — o cholera, chyba jednak będzie płakał.
Z tłumu wybiegła jakaś kobieta.
— Hej! — podniosła chłopca do góry, przytulając go do piersi. — Nie uciekaj mi tak więcej! — rzuciła mi przelotne spojrzenie — Dziękuję, że go zatrzymałeś.
Chyba nie odnotowała, że przyczyniłem się do uszkodzenia jej dziecka. No cóż. Uśmiechnąłem się sztucznie, mówiąc, że nie ma za co, i nagle coś odnotowałem.
Dałbym głowę, że miała na szyi wisiorek w kształcie biedronki.
22:46:00 || 11/07/2011 || Powrót ♂ Komentuj
masz talent. czyta się naprawdę bardzo miło :)
Taaak, przeczytałam wszystko, z każdym rozdziałem uśmiechając się coraz bardziej XD Pierwsze co chciałam powiedzieć to to, że twoje opowiadanie pod względem stylu bardzo przypomina mi " A tu mi czołg " z yaoi.pl, którego tak nawiasem również jestem wielką fanką.
Po drugie, czasami gubię się w tekście i umyka mi sens całych wypowiedzi... Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak, czy to tylko twoja narracja. Ostatnio jakoś nie mogę się na niczym skupić...
Po trzecie, uwielbiam Mishę <3 Nie wiem skąd mi się to wzięło. Może dlatego, że sama uwielbiam rysować i w jakiś sposób się z nim utożsamiam. Poza tym, jego imię od razu skojarzyło mi się z aktorem grającym Castiela w supernatural XD I jak go tu nie kochać~
Na koniec chciałam podziękować za twój komentarz u siebie~ Zawsze jest mi miło kiedy ktoś komentuje moją pracę.
Czekam na kolejny rozdział X3 Obiecuję wpadać i komentować~ Trzyymaj się~
Przeczytałam wszystkie rozdziały twojego opowiadania i myślę, że na pewno będę czekała na następne. Wszystko jest jak taka czarna komedia. Nie wiem co masz w założeniu pisząc w ten sposób ale ja odbieram to jako zdystansowanie do własnego życia. Twój bohater jest osobą która wszystko traktuje z lekka ironicznie i z dystansem a jednocześnie jest tym przejęty. Ma ciekawy charakter i chyba jest sadomasochistą :P Fajny styl pisania trochę się pośmiałam. Genialne były pieczone wafle ryżowe, przedstawienie w realnym świetle życia studenta :) i ta genialna buźka w esemesie. Chyba zacznę ją wykorzystywać bo wygląda naprawdę psychopatycznie. Misha to fajny gość(chyba)? Mam słabość do długich blond włosów i artystów. Co jeszcze? Ta jego siostra to tak trochę przeraża. Co do cycków. Zgadzam się z Philipe. Cycki to zło wiem z własnego doświadczenia. Moja przyjaciółka ma giganty i jest wujkiem samo zło. No dobra to kończę tą litanię. Pozdrawiam i czekam na następny rozdział. No i jak chcesz to możesz wpaść: http://stuckforever.blogspot.com/
Brian
jest dość późno, czuję się, jak naćpana i nie stać mnie teraz na jakiś bardzo wyczerpujący komentarz, ale chuj jeden raczy wiedzieć, kiedy będę miała znowu neta, więc postanowiłam, że nawet w tym stanie się wypowiem. a więc trzy sprawy:
1. po przeczytaniu tego rozdziału upewniłam się tylko w zdaniu, że jesteś cholerne inteligentna
2. to opowiadanie robi się takie kurewsko głębokie, że zaczynam się zastanawiać, czemu ty piszesz bloga, zamiast książki wydawać. nie obchodzi mnie, ile masz lat, ale czytając to wydaje mi się, jakbyś miała już w chuj dużo doświadczenia życiowego. zazdroszczę.
3. ... pamiętam, że coś jeszcze chciałam kurwa powiedzieć, ale... no, nieważne
P.S. no cóż, spaczoną mam jaźń przez zmierzch i pomyślałam tylko o wampirku.
Łaaaaaaaaaaaał ile mam zaległości O.O
Nie miałam internetu na chwilkę i już odrazu dziewczyny mi zablokowały Księżycową Pracownie! A tutaj tyle do czytania X.x
Cóż to będę miała przynajmniej co robić. : >