uwaga, oto największy gniot ze wszystkich rozdziałów.
*znów ssie w końcówce i jest jej z tego powodu ŹLE*
i szczerze go nie lubię. po prostu nie potrafię opisywać niektórych scen. i chyba się nie nauczę.
albo będę próbować do oporu, a wy musicie to czytać...:D
w każdym razie, później zrobi się słodko. mam nadzieję.
zauważyłam, że mój kochany Altair wzbudził, hym, sporo emocji wśród czytelników. powiem jedno - to mój najlepszy przyjaciel, a w dodatku pierwowzór postaci Philipe'a, z jego życia pochodzi część wątków. a przynajmniej w pewnym stopniu. i uważam, że ma święte prawo objeżdżać moje opowiadanie po całości, bo to chociażby motywujące. no i nie powiem, żeby nie było to zabawne.
Obudził mnie znajomy zapach.
Jakby mąka, mleko, coś jeszcze. Pachniało trochę jak ciasto francuskie. Albo omlety. Tak, bardziej jak omlety. Czułem jajko. Wynurzyłem czubek nosa spod koca, wdychając zapach. Ale to głupie. Uczucie podobne do tego, gdy dzwoni budzik, a twoja matka kończy już przygotowywać śniadanie i zaraz przyjdzie ściągnąć cię z łóżka, krzycząc coś o tym, że musisz iść do szkoły. Mimo, że na co dzień sądzisz, że to okropne, gdy takie poranki przestają być codziennością, zaczynasz tęsknić. Zaryzykowałem i wychyliłem głowę spod wełnianego koca.
Paprotka stała tuż przed moimi oczyma, wyglądając tak mizernie, że wzbudziła we mnie szczery żal. Skrzywdziłem ją. Zaspany, zamrugałem. Do doniczki była przyklejona mała, żółta karteczka.
Jesteś mi winien rehabilitację.
Lucian.
Pytanie retoryczne: jak dziwnym trzeba być, by nazwać paprotkę „Lucian”?
Odruchowo uniosłem głowę jeszcze wyżej, by zlokalizować autora „liściku”. Misha. Kuchnia. Misha?
Paprotko, ewakuujmy się, ten twór dobrał się do kuchni!
Jak o tym myślę, to zapach jajek skądś musi pochodzić. A ten gość w sumie… nigdy nie popisał się jakimiś zdolnościami kulinarnymi. Co prawda, opanował umiejętność zaparzania herbaty w samowarze (który, cholera wie, dlaczego, zagracał naszą kuchnię i dziwnym trafem nigdy się nie kurzył), ale to raczej nie świadczy o fakcie, iż umiał gotować. Zaraz, my nigdy nie gotowaliśmy. Albo żywiliśmy się zupkami, albo waflami, albo tym, co akurat podrzuciła nam Lynn czy zaprzyjaźnione studentki z wydziału gastronomicznego. Trudno narzekać na jakiś brak kasy, lodówka przecież nie była pusta. Jest piwo, prawda?
Tego akurat mogę być pewien.
Zgarnąłem się z krzesła, nadal zaplątany w koc, i, lekko zataczając się, stanąłem na nogach. Za bardzo to on pokoju nie ogarnął. Prawie wdepnąłem w ołówek. Aj aj aj. Sztaluga nadal stała rozstawiona, tyłem do mnie, poplamiona czerwoną farbą. Gdy pojawiłem się tu po raz pierwszy, od razu skojarzyła mi się z krwią, jakoś tak dziwnie ściekała z wystającego kołka. Milutkie wrażenie. Zaglądnąłem, chcąc zobaczyć szkic, trochę bardziej niż trochę zaciekawiony.
W pierwszej chwili się nie poznałem.
Na szkicu miałem chyba odrobinę dłuższe włosy. A może to dlatego, że opierałem głowę na ramieniu? Dostrzegałem każdy napięty mięsień na brzuchu, delikatne ścięgna, ciągnące się od łopatek ku ramionom. Przynajmniej darował sobie fakt mojego ślinienia się na stolik. Podobało mi się to. Ten szkic. Moje wyidealizowane ciało. Z pożądaniem wręcz patrzyłem na szyję, której mięśnie nawet na rysunku wydawały się być twarde, gładkie. Nieświadomie przeciągnąłem palcami po własnym zagłębieniu przy obojczyku, przygryzając dolną wargę. Zafascynowany, patrzyłem na grafitowe linie ciągnące się po kartce, zaznaczające krzywizny ciała, formujące się w delikatny kształt. Brakowało twarzy, ale i tak na szkicu przynajmniej miałem więcej męskich cech, niż w rzeczywistości.
Tak, w rzeczywistości wciąż pozostaję przechodzącym okres dojrzewania nastolatkiem.
Pokierowałem się do kuchni, nie chcąc już patrzeć na rysunek. Wiedziałem już, dlaczego te wszystkie kobiety walą tu drzwiami i oknami – dosłownie. To nie urok osobisty blondyna działa na nie jak magnes. Nie głównie on. To raczej to, że dzięki niemu mogą zobaczyć tą piękniejszą stronę siebie, zaledwie na prostym szkicu. Misha nie był typowym artystą. Nie był jak Michał Anioł czy Leonardo Da Vinci, którzy dążyli do perfekcji, dążyli do tego, by ukazać człowieka jak najbardziej… realistycznego, prawdziwego, by poprzez obraz przekazać także i charakter. Misha kłamał w swoich dziełach, potrafiąc z najgorszej suki uczynić najcudowniejszego archanioła. Miałem ochotę zaśmiać się pod nosem, gdy pomyślałem, że teraz też jest podobnie. Stanąłem w wejściu do kuchni, trąc powiekę.
— Która jest godzina? — rzuciłem zaspanym głosem, opierając się o framugę i podciągając koc na ramiona. Ziewnąłem przeciągle, nawet nie siląc się na to, by zasłonić usta.
— Czwarta… dwadzieścia coś. – odpowiedział mi, wlewając coś na patelnię. Podszedłem bliżej. Przypominało placki. Obok na talerzu leżała już tego cała kupa. Uniosłem brwi.
— Co to jest? – rzuciłem, uświadamiając sobie, że za jakieś cztery godziny rozpoczynam lekcje.
— Bliny – rzekł Misha, przewracając placek na drugą stronę.
— Ładnie ci wyszedł — mruknąłem, chowając brodę w kocu. Rzucił mi przelotne spojrzenie swoich zielonych oczu. Poczułem się dziwnie, jakbym go obraził. To było niemiłe?
— Nie wydaje mi się — westchnął, ściągając placki z patelni. Obserwowałem każdy jego ruch z uwagą, usiłując wyczytać, jaki ma nastrój. Facet-zagadka normalnie. Na jego słowa poczułem ukucie w żołądku. Trochę dlatego, że sam oceniłem szkic na całkiem ładny – dobrze, bardzo ładny, a może i trochę dlatego, że to ja byłem modelem. Jeśli coś mu nie wyszło, to przez debilnego modela. Gluciasta masa opadła na patelnię, zanurzając się w tłuszczu.
— Dlaczego?
Zastanowił się przez chwilę.
— To, nad czym najbardziej się męczę, powinno wyglądać prosto, jakby powstało bez wysiłku, a jednocześnie musi mieć charakter. Ukazywać coś. No i zwykle mi to wychodzi. — parsknął, opierając się o kuchenkę ze zmęczonym wyrazem twarzy. Uświadomiłem sobie, że mam na stopach startą gumkę. W pokoju było tego pełno. Musiał rysować się aż do teraz.
— Więc…?
— Po prostu. Nie potrafię cię narysować. — odwrócił się do patelni. — Twojej twarzy, mimiki. Jest dziwna. Będę męczyć ten obraz do oporu, do cholery. Jest wyzwaniem, przynajmniej. — uśmiechnął się.
A już miałem nadzieję, że się podda. Nie podoła.
Wzruszyłem ramionami i poszedłem do łazienki, by wziąć prysznic w towarzystwie zboczonej kałamarnicy.
Gdy znów pojawiłem się w kuchni, Mishy nie było. Została tylko wielka kopa placków na okrągłym talerzu i otwarty słoik z czymś lśniącym i… podejrzanie przypominającym kawior.
Cóż, może kawioru się nie spodziewałem, ale czegoś w tym stylu na pewno.
Gdy Misha wyjeżdżał na weekend, zazwyczaj wracał z takimi specjałami. Albo dziwnymi rzeczami, które potem rozstawiał po całym domu. Tak, mam na myśli tamten samowar. I złote gałki do szafki, każda inna. Jakieś dzikie, tapicerowane krzesła. I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność…
Zajrzałem do chlebaka. Pusto. Wafli brak. CHOLERA. No cóż, chyba nie mam większego wyboru. Zaryzykowałem i zapakowałem kilka placków do plecaka. Trudno, najwyżej się zatruję. Spędzę cały dzień u pielęgniarki. Zemdleję w jej gabinecie. W sumie, a co mi tam.
Wyszedłem na autobus, czując, że robi się coraz zimniej. Przydałby się szalik, albo coś. Napisałem sms’a do Lynn, że będę na nią czekał po szkole. Wolałem, by nie przychodziła pod moje liceum. Jeszcze natknie się na Matt’a. Oni zdecydowanie się nie lubili. To znaczy… warczeli na siebie, gdy tylko mieli okazję. Gdy Lynn miała siedem lat, nawet go ugryzła. Za dotknięcie jej spinek, gwoli ścisłości. Pół roku wcześniej obydwoje wysłali mnie na pogotowie przez swoją zabawę w wrogie plemiona Indian, które kłócą się o ofiarę do spalenia na stosie. Znaczy, o mnie. Do tej pory mam bliznę po strzale, wbitej w moją łydkę. W dodatku wyszło na to, że to moja wina. Bo normalne dziecko oczywiście powinno uchylić się przed wyskakującym znienacka rodzeństwem, wyposażonym w łuk i rządzę krwi. Kichnąłem, unikając zderzenia się z jakąś czterolatką, która uciekała przed matką, próbującą umieścić swoje pierworodne w przedszkolu. Placówka rozwijająca rozwydrzone stworzonka, które potem najeżdżają na supermarkety i wykupują twoje ukochane chrupki kukurydziane. Jestem wdzięczny ojcu za to, że nie zostałem przedszkolakiem. Jedynie zerówkowiczem. I bardzo dobrze.
Przemęczyłem się siedem lekcji. Na ósmej przysypiałem. Resztę postanowiłem sobie odpuścić, z czystej niechęci do masochizmu. Lynn kończyła koło czternastej, ale zwykle zostawała dłużej w szkole. Miałem jeszcze szansę ją złapać.
Jakież było moje zdziwienie, gdy ukochana siostrzyczka wpakowała się na mnie, wybiegając zza zakrętu.
— Patrz jak łazisz, ty mizoginistyczny… — wydęła śmiesznie usta, patrząc na mnie z wyrzutem. Słuchawki podskakiwały na jej piersi przy każdym głębszym oddechu.
Popatrzyłem na nią ze znudzeniem.
— Pamiętasz, jak mówiłem ci, żebyś przestała używać słów, których znaczenia nie rozumiesz?
Prychnęła.
— Tak właściwie, to co ty tu robisz? — spytała, wyłączając iPoda. Tak właściwie, to mógłbym spytać o to samo.
— Zrywasz się w pierwszym tygodniu szkoły? — parsknąłem, opierając się o murek. Zmrużyła oczy. Kolejny dowód na to, że jesteśmy strasznie zżyci. Nieświadomie działamy tak samo. Irytujące. Wzięła mnie za rękę i pociągnęła w stronę przystanku. Powlokłem się tam bez oporu.
Siedzieliśmy na murku i bez zainteresowania wgapialiśmy się w samochody. Lynn wyżerała powoli wszystkie placki, jakie rano zrobił Misha. Zerknąłem na dziewczynę. Po spojrzeniach przechodzących ludzi wnioskowałem, że biorą nas za parę. Może to i lepiej? Nie byliśmy w żadnym stopniu do siebie podobni, w sumie, nie mieliśmy prawa być do siebie podobnymi. Różniliśmy się wszystkim. I coś stanowiło o tym, że jesteśmy jednym z głupich rodzeństw, w których jedno pomaga drugiemu za wszelką cenę. A raczej młodsza siostra lata za głupim bratem. Wsiedliśmy do autobusu, nie odzywając się ani słowem.
— Tak właściwie, co u Lawra? — spytałem dosyć niepewnie.
— Siedzi w domu i jęczy, że nie może jeździć na rowerze. I że ktoś o nim zapomniał... — rzuciła mi coś w rodzaju morderczego spojrzenia. Nie, żebym tego nie rozumiał. Rozumiałem doskonale.
— Przyjdę w niedzielę. — westchnąłem, spoglądając w okno. Jakbym nie dostrzegł, że się rozpromieniła. Nawet się uśmiechnęła, cholera.
— Przecież nie masz zakazu przebywania w domu. To, że sam go sobie narzucasz, nie znaczy, że musisz się do niego stosować. — uniosła brwi. — Już i tak krzywdzisz się wystarczająco.
— Jasne, dzięki. To, że idę z tobą do sądu… — zacząłem, nie wiedząc, jak skończyć.
— To tylko kaprys twojej durnej dumy. — pokazała mi dość niecenzuralny gest, przez co staruszka siedząca obok nas spojrzała na nią z oburzeniem.
— Gdybyś nie był takim idiotą, to w ogóle nie miałoby miejsca… — warknęła, wstając z siedzenia. Nasz przystanek. Wychodząc, Lynn wywróciła staruszce siatkę z zakupami. Szczerze, to nie wierzę w przypadki.
Budynek sądu był wielki i to przytłaczało w nim najbardziej. Szczerze mówiąc, bałem się tam wchodzić. Bałem się, że spotkam kogoś, kogo nie chciałbym widzieć nigdy więcej. Lynn przechyliła głowę, uśmiechając się dziwnie. Jakby chciała pocieszyć mnie i siebie jednocześnie. Zrobiło mi się jej autentycznie żal. Była osobą, która czyściła wszystkie moje brudy. Zbliżyła się do mnie i poprawiła kołnierzyk mojej koszulki w jakimś dziwnie pedantycznym geście. Potem wykonała ruch, jakby chciała się przeżegnać, po czym odwróciła się tyłem i powoli ruszyła w stronę drzwi sądu.
Gdy przechodziła przez próg, po raz pierwszy wydała mi się taka przeraźliwie samotna.
To dziwne, że egoistów otaczają tłumy ludzi, a altruiści nie mają nikogo.
Zamykając za sobą drzwi rzuciła mi jeszcze krótkie, przelotne spojrzenie, mówiące tyle, co „wszystko będzie dobrze”.
Uciekłem stamtąd jakiś kwadrans później, spłoszony przez prokuratora. Strasznie upierdliwy facet. Za każdym razem, gdy mnie widzi, ogarnia mnie tym swoim wielkim, męskim ramieniem i z ojcowską czułością mówi, że on już udupi tego skurwysyna, przez którego moja siostra musi latać do sądu. Może nie ujmuje tego w takich słowach, ale sens pozostaje ten sam. Ludzie, którzy się o nas martwią, są irytujący. My, dzieci osiedla, doskonale radzimy sobie sami. Szedłem przez park, słuchając muzyki. Powinienem wrócić tam za jakiś czas. Byle, żeby nie spotkać prokuratora. Rozumiem jego motywy. Miał czworo dzieci, w tym dwie dorastające córeczki. Nie potrafił zrozumieć, że na świecie jest masa świrów i zboczeńców, a on oskarża całkiem normalnych ludzi. I jeszcze go wkręcają. No bo tak, gość, którego sprawa właśnie się toczyła, był tylko normalnym nauczycielem, który przypadkiem rozkochiwał w sobie uczennice.
A Lynn całkowicie nie pasowała do obrazu ofiary. Chociaż, była cwaną aktorką. Dla sądu potrafiła zmienić się w małą, biedną sierotkę, która kompletnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Biedna dziewczynka. Zabawne, ludzie patrzyli na jej chustkę w swastyki, satanistyczne naszyjniki i pieszczochy na nadgarstkach, po czym po prostu w to wierzyli. Moja siostra to geniusz, po prostu.
Nim się zorientowałem, zrobiło się późno. Cholernie późno. Ja pierdolę, dwudziesta pierwsza! I pewnie nie zauważyłbym, gdyby nie fakt, iż rozładowała mi się empetrójka. Najgorsze, co może wydarzyć się człowiekowi trzy kilometry od domu. Wydałem z siebie coś pomiędzy jękiem a wyciem, płosząc gołębie z oparcia ławki i spanikowany rozejrzałem się wokół.
No więc – ciemno. Jak w dupie. Gdzieś głęboko w dupie. Nie, żebym opierał moje stwierdzenie na jakichkolwiek doświadczeniach, nie. Po prawej migająca latarnia. Mignęła trzy razy. Zgasła. Jak w jakimś tanim, tandetnym horrorze. W dodatku ludzi też tak jakoś zabrakło, a fajnie wyglądałaby jakaś miła parka, przechadzająca się po parku w romantycznym uścisku.
Pozornie spokojnym sprintem powoli wycofywałem się z alejki. Plac zabaw wyglądał iście groteskowo, zwłaszcza na tle Akademii Sztuki, która przypominała stary, sypiący się dwór, skąpany w blasku gazowych latarni. Budynek należał kiedyś do jakiegoś hrabiego, chyba. Nie wiem, nie interesuje mnie to, pragnę tylko wrócić do mieszkania.
Skręciłem w jedną z bocznych uliczek, zbytnio nie zastanawiając się nad tym, co robię. Wyciągnąłem słuchawki z uszu, tak na wszelki wypadek, i szybkim krokiem przemierzałem brukowaną uliczkę. Zerknąłem przez ramię, tak dla pewności. Pusto. Stwierdziłem, że nie ma co się stresować. Co mogłoby mi się stać w takim małym mieście? Rozważałem założenie słuchawek, bo istniała szansa, że empetrójka w jakiś sposób powróci do życia. Skręcając, zerknąłem przez ramię po raz kolejny, jednak znów niczego nie dostrzegłem. Uspokojony, już miałem odetchnąć z ulgą, ale zderzyłem się z czymś.
Generalnie to z dwumetrowym, głupio wyszczerzonym gościem, który miał jeszcze swojego przyjaciela, równie głupio wyszczerzonego, tak „do towarzystwa”. Eufemizmem byłoby nazwanie ich nietrzeźwymi. Znaczy, schlani do granic możliwości. Trybiki w moim mózgu rozkręciły się w zawrotnym tempie. Ta ulica. Ten rejon. A l i b i. Wszędzie rozpoznam bywalców tego klubu. Poczułem, jak po moich plecach powoli przesuwa się dreszcz przerażenia.
Alibi to alkohol. Muzyka. Ludzie. Miejsce, w którym spotyka się cały gejowski światek. Miejsce, które odwiedziłem kilka razy w wakacje.
Wiedziałem, że, jeśli chodzi o tych ludzi, mogą dać mi spokój. Po prostu, ominą mnie i tyle. Z drugiej strony, w jakiś sposób mogą mnie pamiętać. Nie, to nie możliwe. Przeprosiłem i wyminąłem ich z cichym piskiem. Roześmiali się. Chciałem iść dość szybko. Bardzo chciałem. I wtedy usłyszałem krótkie „hej, chłopczyku!”.
Zatrzymałem się, sparaliżowany.
Takie rzeczy wydarzają się... w filmach. W książkach. Nie ma szans, by coś takiego działo się naprawdę. A z drugiej strony, było to nawet… fascynujące.
Mówi się, że wszyscy mamy coś, co można nazwać gej-radarem. Po prostu widzisz kogoś i wiesz. Typ jest prawie pewny. Pozostaje tylko kilka procent szans, że się mylisz.
Facet zbliżył się do mnie. Przyjąłem pchnięcie na ścianę jako naturalną kolej rzeczy. Zero sprzeciwu. Była zimna. Nie myślałem o tym. Nie ważne, nic się nie dzieje, to nieważne, nie chcę o tym myśleć, t o n i e w a ż n e. Ciepły, wilgotny język przejechał po moim policzku. Zrobiło mi się niedobrze. Nie chciałem tego. A jednocześnie nie potrafiłem zareagować jakimkolwiek oporem. Co za różnica? Wyłączyłem się, po prostu. Cokolwiek miało się stać, stanie się, a ja nie muszę tego zmieniać. Moje uczucia są nieważne. Westchnąłem cicho. Chyba zostało to odebrane nie w taki sposób, w jaki chciałem to wyrazić.
Człowiek, który dotyka, by zhańbić. Odbiera punkt oparcia, jakiś honor, coś, co sprawia, że zapamiętuje się na zawsze. Pokazuje, że to on rządzi, a nie odwrotnie. Że nie wolno się przeciwstawiać. Że nie ma takiej możliwości. Taka możliwość po prostu nie istnieje. I nagle zaczyna mi brakować tchu. Widzę zawiedzioną twarz… dziecka? Znajomego dziecka. Zastygam, uświadamiając sobie, do kogo ona należy.
Duszę się. Ręce ustępują.
— Philipe! — usłyszałem znajomy głos, ale nie zareagowałem. Zsunąłem się tylko po ścianie, drżąc. Twarz Jaspera zamigotała mi przed oczami. Jasper… Jasper?
Wtuliłem policzek w jego ramię, chcąc po prostu nie myśleć.
22:11:32 || 20/06/2011 || Powrót ♂ Komentuj
Superszybko się czytało. A to znaczy, że to było superdobre. I nie uznaję sprzeciwów.
oj, zapomniałam-szacun dla "..." trzechkropek za to, że jako pierwsza zaczęłaś jeździć po Altairze. I tak- bawi mnie to, bo jestem wiecznie niewyżytym (tak, tak, nie tylko yaoicem) bachorem, który jeździ po ludziach i ma cięte riposty 8D!
Fajnie piszesz, ogólnie teksty zajebiste "Paprotko, ewakuujmy się" albo "poszedłem do łazienki, by wziąć prysznic w towarzystwie zboczonej kałamarnicy" ... dobre, podoba mi się ;) masz lekkie pióro że tak powiem ;)
tak na początek to tylko powiem: czemu Jasper? na świecie jest tyle pięknych imiona, a ty musiałaś wybrać akurat to, które kojarzy się z pewnym tworem zaczynającym się na literę "Z"? ale i tak cieszę się, że wybrałaś Jaspera, a nie Edwarda. Jasper to przynajmniej sexy jest.
hmmm, jeżeli ty uważasz TO za gniot, to ja się zastanawiam, jak będzie wyglądało coś co ci naprawdę wyjdzie. to dopiero będzie coś.
mam pytanie. oczywiście nie musisz odpowiadać, ale po prostu się zastanawiałam, czy ty masz rodzeństwo? bo ja taki znam wiele osób, które mają braci i siostry i jakoś nie są zbyt skorzy do łapania się za rączki na ulicy... ale może Philipe i Lynn mają inny poziom zżycia, więc nie będę ci w opowiadanie ingerować.
P.S. tak przy okazji, to na początku odpowiedziałaś na pytanie, które męczy mnie od jakiegoś czasu: "Dlaczego ja tak nie znoszę Philipa?" Czytam twoje opowiadanie od niedawna, ale jak na razie, to najbardziej lubię Mishę. no i Luciana. tak. założę funclub Luciana i będę go czcić.
ach i jeżeli mój komentarz na temat twojego najlepszego przyjaciela ci przeszkadza, to po prostu go skasuj, bo zauważyłam, że to ja zaczęłam tradycję jeżdżenia po Altairze. no i to by było na tyle.